niedziela, 1 września 2013

24. Meeting- The bad one.

Przepraszam... Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie... Mam nadzieję, że jeszcze ktoś to czyta :) Zapraszam na nowy rozdział:


Dzień zapowiadał się piękny dla każdego mieszkańca małego miasteczka w zachodniej części stanu Wirginia. Słońce wdzierało się do nawet najmniejszego domu przez najmniejsze okno, chcąc powitać wszystkich.
Mała dziewczynka z sąsiedztwa tańczyła już od rana po domu, ciesząc się jak nigdy z kolejnych nadchodzących dwudziestu czterech godzin.
Rudowłosa piękność właśnie dopijała poranną kawę, uporczywie wpatrując się w przed chwilą skreśloną krzyżykiem datę na kalendarzu. Zachodziła w głowę, czemu ten dzień jest tak wyjątkowy?
Pewna, znana prawie wszystkim, blondynka otworzyła oczy i od razu się uśmiechnęła. Dzisiaj wszystko się uda, dzisiaj skopie tyłki...
Brunetkę, mieszkającą we wschodniej części miasta, również obudziły promienie słońca idealnie celujące w przerwę pomiędzy zasłonami i padające na jej zamknięte powieki. Mimo prawie bezsennej nocy miała siłę, by kąciki jej ust uniosły się lekko ku górze. Da radę powiedzieć przyjaciółce, o wszystkim, a ona zrozumie. Musi, przecież jest taki piękny dzień...
Blondyn już od dłuższego czasu wpatrywał się w budzące się do życia miasto. Siedział przy metalowym stoliku, pod daszkiem z materiału, podgryzając croissanta. Spojrzał na nazwę kawiarenki i uśmiechnął się. Od razu przypomniało mu się Café de la Régence, które często odwiedzał przebywając w Paryżu w 1719 roku.
- To były czasy- szepnął do siebie i otworzył gazetę leżącą obok niego.
Urocza para jadła wspólnie śniadanie co chwilę się zanosząc śmiechem. Brązowooka jeździła stopą po łydce bruneta, wzbudzając w nim chęć na poranne igraszki. Ten odłożył gazetę, a dziewczyna natychmiast wstała z krzesła. Ostrzegał ją, że jeśli nie przestanie to się doigra. Szatynka zaczęła uciekać ubrana tylko w jego bokserki i koszulkę, On ją gonił po całym domu nie przestając się śmiać. Ich dzień też dobrze się zaczął.
Tylko jedna osoba podchodziła sceptycznie do tego wszystkiego. Wampirzyca o pięknych, kręconych włosach siedziała na dachu przypadkowego domu i z uwagą przyglądała się chmurom powoli usuwającym się w głąb lądu, by zrobić miejsce słońcu. Siły wyższe chcą uśpić naszą czujność, pomyślała z pewną nutą humoru, ale zaraz spoważniała.
- To istna cisza przed burzą...
***
Kiedy tylko podjechaliśmy motorem na szkolny parking, poczułam się jak najpopularniejsza dziewczyna w szkole. Po co się oszukiwać? Podobało mi się to, przynajmniej na chwilę obecną. Zatrzymaliśmy się. Rozpięłam kurtkę, spod której wyszła koszulka Damona. To było jak czerwony, emanujący swoim blaskiem neon o treści: „Jestem z Damonem Salvatore”. Wszystkie oczy były skierowane na nas i o dziwo mi to nie przeszkadzało. Zsiadłam z motoru i zdjęłam kask, lekko potrząsając głową, żeby włosy same się ułożyły. Damon poszedł w moje ślady.
- Teraz lubisz być w centrum zainteresowania?- spytał, opierając się o maszynę. Przybliżyłam się do niego, tajemniczo się uśmiechając i składając krótki pocałunek na jego ustach, który miał być odpowiedzią na zadane pytanie.
- Zrozumiałem... już prawie ósma, idź już lepiej i pamiętaj co Ci mówiłem o... Niej.
Przewróciłam oczami.
- To moja przyjaciółka, nie skrzywdzi mnie, a poza tym chcieli ją porwać, też jest ofiarą...
- Albo to była zmowa.
- Albo jesteś przewrażliwiony. A tak z innej beczki to dzisiaj przyjdę po dziennik Gilberta.
Uśmiechnął się znacząco.
- Czyli to będzie nasza druga randka...
- To nie będzie randka, przyjdę i pójdę, Jenna i tak już jest na mnie wściekła, muszę jej pomóc przy kolacji...- pomachałam Bonnie, która się uśmiechnęła i odmachała, ale kiedy spojrzał na nią Damon, spoważniała i spuściła wzrok. Zmarszczyliśmy brwi.
- A jej co?
- Chyba obydwoje jesteśmy przewrażliwieni- mruknęłam i pocałowałam Damona na pożegnanie.- Nie mogę się spóźnić, ostatnie czego potrzebuję to kłopoty w szkole. Pa.
- Cześć... i nie ufaj nikomu- dodał ciszej. Kiwnęłam dla świętego spokoju głową i skierowałam się w stronę przyjaciółki. Nie uśmiechałam się już i zaczęły mnie irytować ciekawskie spojrzenia uczniów. Niech się zajmą sobą... Podeszłam do szafki i wykręciłam kod.
Mogłam udawać, że wszystko jest w porządku, kochamy się i nic nas nie rozłączy... trele morele! Nic nie jest w porządku! Jestem łowcą, w każdej chwili mogę poczuć palącą potrzebę wsadzenia mu kołka w serce. Klaus coś kombinuje i nikt, ze mną włącznie, nie wie co mu chodzi po głowie. Caroline i Bonnie dziwnie się zachowują, nie wspominając już o Damonie, który w środku nocy wywracał całą bibliotekę do góry nogami. Jenna i tak jest już na mnie wściekła, mama Jer'ego leży w szpitalu, do którego miałam go zawieźć, ale moja durna randka była ważniejsza! Elizabeth, ty pieprzona egoistko! Wszystko dookoła się wali, a ty myślisz tylko o sobie... Wzięłam książkę i zauważyłam, że ktoś stoi za drzwiczkami mojej szafki. Jeżeli to ona, zatłukę sukę na szkolnym korytarzu, przy tylu świadkach, że trafię do więzienia na parę lat.
Trzasnęłam drzwiami i spojrzałam ze złością na Kimberley Evans.
- Czego ty ode mnie chcesz?- warknęłam, przyciskając z całej siły książkę z angielskiego do piersi, byle by tylko jej nie poddusić, zaciskając palce na jej chudej szyi i patrzeć jak traci oddech...
- Podoba mi się twoja koszulka, zamienimy się...
- Uważaj, bo się zgodzę- zakpiłam, obrzucając wzrokiem jej jasnoróżową bluzkę.
- To nie było pytanie, Gilbert. Do kibla. Już!
- Pojebało Cię- podsumowałam i chciałam ją wyminąć, ale zatrzymała mnie, wbijając w moje ramię długie paznokcie. Nie wytrzymałam; jednym ruchem się wykręciłam, drugą ręką złapałam ją za szyję i w efekcie tyłem głowy uderzyła o szafki. Nawet nie wiedziałam jak to zrobiłam, ale liczył się efekt.
- Ostatni raz mnie dotknęłaś, odezwałaś się do mnie, albo chociaż na mnie spojrzałaś. Jak powiem Damonowi co odpierdalasz, to przestanie być miło. Rozumiemy się?
Blondynka próbowała się uwolnić, ale byłam silniejsza... znacznie silniejsza.
- Zostaw... puść mnie!- zamachnęła się nawet, aby uderzyć mnie z pięści w twarz, ale w porę się uchyliłam. Puściłam szyję i wykręciłam jej rękę, przyciskając ją do pleców dziewczyny.
- Nie waż się tego więcej robić- warknęłam jej do ucha. Naokoło zebrał się tłum gapiów, a znad przeciwka nadciągał Alaric.- To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie...
Popchnęłam ją, uwalniając całkowicie z mojego uścisku.
- Co tu się dzieje?- spytał Rick, spoglądając to na mnie, to na Evans.
- Nic jej nie zrobiłam, a ona zaczęła mnie dusić!- wykrzyknęła blondyna, mając łzy w oczach. Co za pieprzona aktorka! Nie miałam już siły zaprzeczać i opowiadać mojej wersji wydarzeń, która szczerze powiedziawszy bardzo się nie różniła. Niestety.
- Macie chyba lekcje- powiedział nauczyciel do uczniów, obserwujących bieg wydarzeń.
- Idź do pielęgniarki- zwrócił się do Kimberley, na co ona lekko kiwnęła głową i rzuciła mi mordercze spojrzenie, którym, nawiasem mówiąc, się nie przejęłam.- A ty, Elizabeth- spojrzał na mnie z pewnego rodzaju uprzedzeniem- choć ze mną.
Podążyłam za mężczyzną z wysoko uniesioną głową, mimo iż wszyscy patrzyli na mnie jak na kryminalistkę, a nie dziewczynę, która jako jedyna odważyła się postawić pannie Evans. Pieprzcie się- taki miałam wyraz twarzy, pieprzcie się wszyscy. Weszliśmy do pustej klasy i historyk wskazał, że mam usiąść w pierwszej ławce. Posłusznie usiadłam i śmiało patrzyłam w oczy Saltzmanowi.
- Co to było?- spytał po chwili milczenia.
- Wkurzyła mnie.
- I to tyle?
- A co mam Ci więcej mówić? Chcesz znać szczegóły? Dobrze, w takim razie powiem. Kimberly szczególnie upodobała sobie mojego chłopaka i kazała mi z nim zerwać, bo: „Ona była pierwsza”. Postanowiłam się nią nie przejmować, ale dzisiaj po raz kolejny mnie zaczepiła, wręcz rzucając do mnie komendę, że mam jej dać bluzkę, którą mam na sobie.
Rick spojrzał na moją koszulkę i zmarszczył brwi.
- Czemu? Co w niej takiego wyjątkowego?
No tak- facet.
- Jest Damona. Ta modliszka to wychwyciła i chciała mnie upokorzyć. Chciałam uniknąć konfrontacji, wymijając ją, ale ona wbiła mi te swoje szpony w ramię, no i nie wytrzymałam.
- Zaatakowałaś ją. Normalnie jest się za to karanym, sprawa trafia do dyrektora...
- Serio? Za coś takiego?
- To małe liceum, obowiązują tu inne zasady niż w Roosevelt High...
- Wiem, nie musisz mi o tym przypominać...
Westchnął siadając na biurku.
- Czy jest jeszcze coś? Nie ukrywam, że zauważyłem twoją szybkość i siłę, technikę walki i sprawność...
- Mam gen łowcy- wypaliłam, na co Rick zamilkł i trwając w szoku nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Jesteś łowcą? Tym prawdziwym? Mam na myśli tego „narodzonego, by zabijać”...
- Narodzony, by zabijać?-spytałam, unosząc brwi.
- Co wiesz o łowcach?
- Niewiele. Wiem, że aby aktywować całkowicie moją przypadłość muszę zabić istotę nadprzyrodzoną najbliższą memu sercu... A to stawia mój związek na przegranej pozycji...
- I mimo to się spotykacie?
Kiwnęłam głową.
- Zadawanie się z naszym gatunkiem, będąc wampirem to czysta głupota! Dla mnie, osobiście, świat by się nie zawalił, gdyby Salvatore'a zabrakło na tym świecie, wręcz byłoby mi to na rękę, ale w twojej sytuacji...- spojrzał przez okno- Nie wiesz na co się porywasz, będąc z nim blisko...- odchrząknął.- Jeżeli wiesz o co mi chodzi.
Uśmiechnęłam się lekko, widząc zakłopotanie Ricka.
- Myślałam, że jesteś łowcą nie z powołania...
- Ja też, ale po zniknięciu mojej żony poznałem pewną bardzo potężną czarownicę, której wystarczył uścisk ręki, by wiedziała o Tobie wszystko oraz widziała twoją najbliższą przyszłość. Ona żyje w zgodzie z duchami, to dzięki nim ma taką moc. Powiedziała, że zabijanie złych kreatur mam we krwi, przewidziała nawet moją pierwsza ofiarę... Mojego przyjaciela, którego znałem od dziecka... Okazał się być wilkołakiem i zabijał kilku ludzi podczas każdej pełni. Nie odczuwałem pragnienia zabicia go, sądziłem, że dam radę się oprzeć... ale siła powinności jest silniejsza, niż najsilniejsza silna wola. Pewnego wieczoru wracaliśmy z baru, byliśmy trochę pijani, więc szliśmy pieszo. Jakieś typy chciały skorzystać z naszego stanu i nas okraść. Call się postawił- oberwał w twarz. Ja też nie chciałem się od razu poddać- dźgnęli mnie nożem obok mostka. Callum zadzwonił po karetkę i starał się zatamować krwawienie...
- Był wtedy najbliżej twojego serca...
- Tak. Ci faceci uciekli i wyrzucili nóż, a kiedy Call się nade mną nachylał ja nagle odzyskałem wszystkie siły witalne, chwyciłem za nóż i...- zamilkł. Widziałam jak trudne to dla Niego było. Wstałam i usiadłam obok na biurku. Położyłam mu dłoń na ramieniu.
- Przykro mi...
- Mi też...- uśmiechnął się do mnie lekko, a ja odwzajemniłam uśmiech.
- W każdym razie, żądza zabijania to tylko początek. Najgorzej jest zapanować nad swoimi osobowościami. Sądzę, że Tobie będzie nadzwyczaj trudno je kontrolować. Tam na korytarzu, wątpię, żebyś to była Ty, przynajmniej nie w stu procentach. Tłumisz w sobie wiele uczuć, prawda?
- O tak...
- To przestań. Im więcej uczuć tego samego typu będziesz zatrzymywała tym bardziej będą one dominowały przy twojej zmianie osobowości. Najczęściej jest to gniew i wtedy po prostu wybuchasz, nie panujesz nad sobą.
- Ale da się z tym walczyć?- spytałam z nadzieją. Nie chciałam być nieznośna jak kobieta w ciąży.
- Z odpowiednim treningiem... Mogę Ci pomóc, mam już małe doświadczenie.
Tak się ucieszyłam, że zapomniałam o swoich manierach i przytuliłam Ricka. Dopiero po chwili tak naprawdę zorientowałam się co zrobiłam.
- Przepraszam...
- Nic nie szkodzi, gorzej jakbyś to pohamowała, potem byś się zatraciła w niekończącej się euforii...
Zaśmialiśmy się jednocześnie.
- A... nie muszę iść na pierwszą lekcję?
Pokręcił głową.
- I tak już połowa minęła, usprawiedliwię Cię, z kim masz?
- Z panią Garner.
- Z nią nie będzie problemu... ale El, uważaj.
- Wiem, wiem...
- A jak z Jeremim?
Westchnęłam. Wolałabym nie zaczynać tego tematu.
- Źle mu z tą sytuacją... jedyne co może zrobić to czekać...
- Jenna sobie z tym wszystkim radzi?
Jenna? Chwila, a może to on dzisiaj przychodzi do nas na kolację?
- Na swój sposób... a co u Ciebie? Bardzo jesteś zapracowany?
- Ani mi nie mów, obiecałem koledze mojego kolegi, że mu pomogę w pracy magisterskiej. Cały wieczór dzisiaj spędzę nad tym... ale no cóż...
Czyli to nie On...
- Muszę iść do łazienki. Do zobaczenia później... i dziękuję, że nie zakablowałeś dyrektorowi.
- My, odmieńcy, musimy sobie pomagać- puścił do mnie oczko.- El!-zatrzymał mnie jeszcze na chwilę głos Saltzmana- Wszystko w porządku?
Kiwnęłam głową.
- Mhm, wszystko będzie dobrze.
Wyszłam i skierowałam się do toalet. Chciałam nie tyle co porozmawiać, co usłyszeć Jego głos, a ze względów bezpieczeństwa, wolałam nie rozmawiać przy jakichkolwiek świadkach. Weszłam do łazienki i sprawdziłam czy nikogo nie ma w kabinach. Pusto, geniuszu, jest środek lekcji. Wyciągnęłam telefon i przez chwilę się wahałam, czy na pewno zadzwonić? Co mu powiem? Pobiłam się o Ciebie, bo straciłam nad sobą panowanie, Alaric przyszedł z pomocą i będzie mi pomagał w byciu łowcą? Mimowolnie poczułam jak łzy się gromadzą w moich oczach. Byłam taka zdezorientowana, niczego nie byłam pewna, ani jak to się potoczy, ani jak trudne to wszystko będzie. Schowałam komórkę i zaczęłam odliczać od stu do zera.
Równo z końcem odliczania zadzwonił dzwonek. Odetchnęłam głęboko i obmyłam ręce wodą, to mnie zawsze uspokajało, jak jeszcze chodziłam do szkoły w Seattle... Wyszłam na korytarz i starając się nie zwracać uwagi na ciekawe spojrzenia, które czułam na sobie, skierowałam się ponownie do szafki, żeby wziąć biologię. Obyło się bez spotkania na szkolnym korytarzu Evans, natomiast zaraz mnie dopadły Caroline i Bonnie.
- Hej, słyszałam, że pobiłaś Evans!
- Co się stało?
- Wkurzyła mnie- już miałam tego dosyć.
- I to tyle?- zapytały jednocześnie.
Przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę sali, znajdującej się we wschodnim skrzydle szkoły.
- Nie chcę o tym rozmawiać, mam tego wszystkiego po dziurki w nosie...
Nagle podbiegła do nas ładna, rudowłosa dziewczyna i wyszeptała coś Caroline do ucha. Ta się szeroko uśmiechnęła i oddelegowała rudą.
- Dziewczyny! Gorące plotki! Właśnie się dowiedziałam, że nauczyciel ma romans z uczennicą!
Szczęka mi opadała.
- Co? Który?!
- Nie wiadomo! Mona ich podobno razem widziała...
- Phi...- prychnęła Bonnie.- Mona lubi wszystko koloryzować, nie wiesz tego? Nie ma co jej wierzyć!
- Ale podobno ma zdjęcie jak się przytulają!
- Nudziło jej się w domu i odkryła cudowny program o nazwie Photoshop.
- Zrobiła to zdjęcie przed dziesięcioma minutami, jak wracała od pielęgniarki, żeby zobaczyć się z Kimberley!
- Mów co chcesz, ja jej nie wierzę!- powiedziała z przekonaniem Bonnie. Rozstałyśmy się z Caroline, która poszła na historię sztuki.
- El, jest coś co Ci muszę powiedzieć.-wypaliła, kiedy tylko Car się oddaliła.
- Domyśliłam się, po tym jak spojrzałaś dzisiaj rano na Damona.
- Przepraszam, ale jak Ci powiem to mam nadzieję, że zrozumiesz w jakiej jestem sytuacji... Damon mnie chyba zabije...
- Czemu miałby Cię zabijać?- spytałam i już miałam wejść do klasy, ale Bonnie mnie zatrzymała, chwytając mnie za ramię.
- Bo tu chodzi o wasz związek.
Przeszły mnie dreszcze.
- Mów.- Nakazałam mulatce z niecierpliwością w głosie.
- Otóż...
- Bonnie prosto z mostu!
- Kiedy byłyśmy w Grillu i po raz pierwszy spotkałaś Damona, przypadkowo rzuciłam na was zaklęcie Wpojenia, które polega na wzmocnieniu więzi pomiędzy jedną osobą, a drugą, jednak jeśli jedna z tych osób to wampir, to zaklęcie działa tylko w jedną stronę, czyli człowiek zakochuje się bezwarunkowo w wampirze- powiedziała na jednym wydechu, wzięła głęboki oddech i dalej kontynuowała.- Nie zrobiłam tego specjalnie! Nie wiedziałam wtedy nawet, że jestem czarownicą. Babcia mi mówi, że skoro zrobiłam coś takiego na początku samą siłą woli, to przy regularnym praktykowaniu magii, będę potężna!
Ziemia zaczęła wirować, czułam jakbym się przewracała, mimo, iż dalej utrzymywałam pionową postawę ciała, jakimś cudem. Było mi niedobrze. Czyli, że moja miłość do Damona to kłamstwo? Nie. Nie! Przecież nie potrzebowałabym żadnych zaklęć, żeby go pokochać, on jest najcudowniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznałam! To nie jest możliwe... a może jednak? Nie!
Wzięłam głęboki wdech. Nie jest Ci potrzebny kolejny teatrzyk, Elizabeth.
- Trzeba się przygotować do lekcji- powiedziałam cicho i weszłam do klasy biologicznej. Na każdej ławce stał mikroskop, czyli dzisiaj wyczuwałam zajęcia w parach... a siedziałam z Bonnie... cholera.
- El, powiedz, bardzo się gniewasz? Nie powiedziałam tego Damonowi, bo on mnie chyba zabije!
- I będzie miał rację- warknęłam, zupełnie tracąc władzę nad swoim językiem i co najgorsze nie przejęłam się tym zbytnio, tylko usiadłam i położyłam w prawym rogu ławki książkę.
- Wiem, że jesteś zła, ale porozmawiajmy o tym, jeszcze pracuję nad złamaniem tego zaklęcia, bo muszę przetłumaczyć to z łaciny, by do końca zrozumieć treść, ale...
Zaraz mi głowa odpadnie.
- Przestań o tym mówić, do kurwy nędzy!- krzyknęłam, uderzając pięściami o blat. Wszyscy znajdujący się w klasie spojrzeli w naszą stronę, co rozjuszyło mnie jeszcze bardziej.- Czego się gapicie?!
Ku mojej częściowej uldze dopiero teraz do sali wkroczył nauczyciel, więc nie słyszał mojego przekleństwa, które z pewnością nie byłoby tolerowane w szkole, w takim małym miasteczku jak to, bla, bla, bla.
- Przepraszam- szepnęła tylko Bonnie i spuściła głowę. Widziałam kątem oka jak jej ramiona się trzęsą. Nagle dotarło do mnie co ja najlepszego wyprawiam?! Schowałam twarz w dłoniach starając się zrozumieć co się ze mną dzieje? Krzyczę po wszystkich, mam o wszystko pretensję, biję kogoś o byle co... To nie jestem ja... Boże, to przecież nie jestem ja...
Zadzwonił dzwonek i jedyne o co prosiłam to jakoś przetrwać tą lekcję i kolejną i kolejną...

Po biologii nadszedł czas na francuski. Kiedy tylko weszłam do klasy i spojrzałam na niebiesko-biało-czerwoną flagę Francji, zachciało mi się krzyczeć: Va te faire foutre( fr. odpieprzcie się). Nauczycielka, znając życie, spojrzałaby na mnie z pogardą i, teraz są dwie opcje, albo by mnie wysłała do dyrektora za używanie wulgaryzmów na lekcji w obcym języku, albo by mnie ostrzegła, że mam tak więcej nie mówić. Usiadłam w drugiej ławce w rzędzie pod oknem i wpatrzyłam się w okno. Każdy kto wchodził do klasy patrzył na mnie, jakbym w każdej chwili mogła się zerwać z miejsca, rzucić na kogoś, przegryźć mu tętnicę szyjną i wychłeptać całą krew. W końcu do sali weszła Mona i jako chyba jedyna uśmiechnęła się na mój widok. Nie był to jednak powód do radości. Brunetka podeszła do mnie i oparła się rękami o moją ławkę.
- Na kolejnej przerwie Kim będzie czekała na Ciebie w damskiej łazience na pierwszym piętrze. Ma dla Ciebie ciekawe plotki...
- Nie interesuje mnie to- ucięłam.
- Na pewno nie chcesz zobaczyć swoich zdjęć z panem Saltzmanem?- szepnęła i usiadła do tyłu.
Obleciał mnie zimny dreszcz.
Ten romans... to ja i Rick... O mój Boże, co za debilki z nich! Jak można być taką hieną?! Zapłacą mi za to! Chyba muszę się poważnie zastanowić jak i gdzie je dorwać, potem zamknąć, torturować, a na sam koniec zabić... Mówię całkowicie poważnie. Nie dam się tak gnoić!

Kiedy tylko zabrzmiał dzwonek obwieszczający wszystkim uczniom koniec trzeciej lekcji, zerwałam się z ławki i wybiegłam z klasy. Od razu skierowałam się do łazienki. Tej suki, jeszcze tam nie było, ale to była tylko kwestia czasu... No i miałam rację. Weszła powoli ze swoimi dwoma sługusami po bokach. Uśmiechała się szyderczo, ale nie podchodziła bliżej, bała się mnie. Ja pierdolę, jak ona przede mną trzęsie portkami!
- Przyszłaś...
- Tak- syknęłam.- Mówcie o co Wam chodzi, nie jesteście warte całej mojej przerwy.
- Jaka niegrzeczna... Z pewnością spotulniejesz, kiedy zobaczysz te fotki. Pokaż jej, Mona.- Wydała rozkaz królowa, ale brunetka miała mały problem z jego wykonaniem.
- Ale, że muszę do niej podejść? Sama?
- Rusz się- warknęłam- nic Ci nie zrobię.
Podeszła i wychylając się podała mi telefon.
- Możesz je skasować, my mamy kilka kopii...
Patrzyłam jak przytulam Alarica, a kolejne było jak trzymam rękę na jego ramieniu, a on się uśmiecha. Byłam bliska płaczu. Jak?! Pytam się, jak wszystko mogło się tak spieprzyć w takim pięknym dniu?!
Rzuciłam telefon dziewczynom, ale te sieroty nie umiały łapać i iPhone w złotej obudowie wylądował na białych kafelkach.
- Czego chcecie w zamian?
- Szczęścia Bery- odezwała się ruda, która przybiegła wcześniej do Caroline... Ashley? Chyba tak... zresztą nie ważne i tak im nakopię do dupy!
- Jesteś kochana, Ash... Dobrze mówi. Chcę Damona. Masz z nim zerwać, tak, żeby wszyscy o tym wiedzieli, jeden wyskok, a te zdjęcia zostaną wysłane na każdy telefon w tej szkole... Nie zwykłam dwa razy powtarzać.
Kimberley wyciągnęła swoją komórkę i lekko się uśmiechnęła.
- Nie jesteś za grosz fotogeniczna, co On w tobie widzi?- spytała i odwróciła się na pięcie. Po chwili zostałam sama i z niemocy zaczęłam płakać. To przelało czarę. Weszłam do kabiny i osunęłam się po ścianie. Zakryłam sobie buzię, żeby w razie czego nikt nie mógł usłyszeć mojego płaczu. Każda łza była jak dźgnięcie mnie w serce niewidzialnym sztyletem. Chwyciłam za papier toaletowy i powycierałam nos i zapłakane oczy. Przejrzałam się w ekranie telefonu, nawet w nim wyglądałam gorzej niż źle.
Kiedy zadzwonił dzwonek, nie wyszłam z łazienki, tylko odczekałam 5 minut, by wszyscy uczniowie weszli do klas. Wtedy wyszłam i udałam się do mojej szafki. Wrzuciłam książkę, zatrzasnęłam drzwiczki i wybiegłam z budynku szkoły. Nie mogłam dłużej siedzieć w tych murach, bo bym oszalała. Jedyna droga, którą mogłam teraz pójść to przez Washington Valley Road, prosto do Damona. Na myśl o naszym, możliwie, że nieprawdziwym, uczuciu, zaczęłam na nowo płakać. Cały smutek, którego nie dopuszczałam do siebie przez te trzy godziny teraz we mnie eksplodował i wylewał się ze mnie pod postacią łez. Cały czas biegłam, jednak nie czułam zmęczenia. Miałam kolejne znajome domy, a cel był jeden- Damon. Utonąć w jego ramionach, wpić się w jego usta, poczuć jego smak i zapach, ciepło jego ciała... wiatr mi zawiał w oczy, przenosząc do nich kilka ziarenek piasku, mimo to nie zwolniłam i tylko potarłam powieki. Szary dom! To już!
Zauważyłam jego motor na podjeździe i moje serce zaczęło walić jak młotem. Zaczęłam spazmatycznie oddychać, a jednak ostatnie sto metrów pokonałam sprintem. Nowe łzy spłynęły po moich policzkach, gdy wbiegłam po schodach i gorączkowo zaczęłam pukać do dużych mahoniowych drzwi.
Prawie w ogóle nie czekałam. Kiedy tylko drzwi się otworzyły i mignęła mi tylko czarna czupryna przed oczami, rzuciłam mu się w ramiona, na nowo zaczynając płakać.
- Elizabeth?- jego głos mnie wypełnił od środka, a ciepło pochłonęło doszczętnie. Zacisnęłam powieki, by moje łzy nie moczyły jego koszulki. Nie umiałam nic powiedzieć przez szczęście i rozpacz, szalejącą nie tylko w mojej głowie, ale i ciele. Jestem tu... przy Nim... Jestem... przy Nim... Nogi się pode mną ugięły i osunęłam się w ciemność...
Do mojej podświadomości powoli docierało co się dzieje. Leżałam, a obok ktoś siedział, wnioskując po spadzie obok mnie... Dryfowałam po ciemnościach, znajdujących się poza czasem i przestrzenią i było mi z tym dobrze. Odłączyłam się od świata zewnętrznego...
- Eli?- jego ciepły, głęboki głos sprawił, że powróciłam na ziemię. Zalała mnie fala problemów i błagałam w myślach o ponowną utratę przytomności. Nie potrafiłam otworzyć oczu, odpowiedzieć mu, wstać i walczyć dalej... Nie umiałam... jedyne co byłam w stanie zrobić to ponownie się rozpłakać.
- Proszę, otwórz oczy...
Moje łzy poprzedziły lekkie drgania mojej klatki piersiowej i ramion.
- Nie...-szepnęłam i po raz kolejny przełknęłam łzy, tłumiąc w sobie rozpacz z nie z tego świata. Nie mogę tak postępować, muszę mu o wszystkim powiedzieć... Nie! Nie mogę mu o niczym powiedzieć. Moja wewnętrzna walka trwała chyba zbyt długo, bo Damon zaczął się poważnie niecierpliwić.
- Powiedz, co się dzieje? Ile jeszcze będziesz mnie trzymała w nieświadomości?!
Moja rozpacz w ułamku sekundy zamieniła się w furię. Zerwałam się, jak się okazało, z kanapy, nie przejmując się tym, że przed chwilą zemdlałam. Jeszcze przez kolejne 10 sekund miałam czarno przed oczami, ale nie przeszkadzało mi to w wyżyciu się na Damonie- osobie, która najmniej akurat zawiniła.
- Co się dzieje? Już Ci mówię co się dzieje- nienawidzę swojego życia! Dotarło?! Nienawidzę! Nienawidzę moich oczu, mojej twarzy, moich ust, nosa, ciała, charakteru, genów, wszystkiego! A jeszcze bardziej to nienawidzę tych wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają! Wszystkich! Bez wyjątku! Uśmiechają się do mnie tylko po to, żeby zaraz ponownie mnie dźgnąć prosto w serce! Rozkochują w sobie, żeby mnie jeszcze bardziej zranić i zdradzić! Nienawidzę mojej pojebanej rodziny! Popierdolonego drzewa genealogicznego!!!- już nie krzyczałam, ja zdzierałam gardło, co brzmiało jak „śpiew” heavy metalowca. Słone krople spływały po moich policzkach, pozwoliłam im na to.
- Nienawidzę! Słyszysz?! Nienawidzę!
Nie widziałam jaki wyraz twarzy ma Damon, ale spodziewałam się, że On również wybuchnie gniewem... ale pomyliłam się.
Objął mnie ramionami, próbując mnie uspokoić.
- Zostaw mnie! Nienawidzę Cię! Was wszystkich nienawidzę!!!- zaniosłam się jeszcze głośniejszym płaczem i upadłam na kolana, Damon razem ze mną. To było zbyt frustrujące, żebym mogła to znieść.
- Czy to do Ciebie nie dociera, jak Ci mówię, że masz mnie zostawić w spokoju? Tyle razy mnie raniłeś! Co Cię teraz powstrzymuje, żeby mnie zostawić...?
Już nie krzyczałam, nie miałam siły. Przestałam panować nad swoim językiem, dzięki temu dałam upust wszystkim swoim emocjom... Spazmatycznie łapałam powietrze, wciąż pozostając w Jego ramionach, którymi wytrwale mnie obejmował.
- Czemu mnie nie zostawisz?
- Bo do mnie przyszłaś...
Po głębszej analizie jego odpowiedzi, dotarło do mnie, że jestem tu, bo tylko z Nim mogę o wszystkim porozmawiać. Zamknęłam oczy, żeby odgrodzić się od świata i zebrać myśli. Poczułam jak dłoń Damona mnie głaszcze po włosach, ten gest mnie uspokoił, ale nie do końca, dlatego zaczęłam liczyć jego oddechy. Jeden... Dwa... Trzy...
***
- Bonnie!- zawołała z końca korytarza blondynka w stronę czarownicy. Lecz Bonnie była zbyt pochłonięta rozmyślaniem o swoim poczuciu winy, żeby wychwycić ze zgiełku swoje imię. Brunetka jeszcze mocniej przycisnęła do piersi książki i zagryzła mocniej dolną wargę, tym samym ją przegryzając.
- Bonnie, czekaj!- krzyknęła ponownie Forbes. Tym razem usłyszała, ale na samą myśl, że miałaby się tłumaczyć ze swojej ponurej miny, robiło jej się niedobrze. Bo czemu wszyscy inni mają prawo być smutni i zdołowani, a ona nie?
Caroline złapała ją za ramię i odwróciła przodem do siebie. Bonnie poczuła dziwny prąd przepływający przez jej ciało.
- Bonnie Bennett, nie słyszysz jak cię wołam?
- Przepraszam, nie słyszałam Cię- zmusiła się, żeby wygiąć usta w lekkim uśmiechu. Nikt nie znał ceny tego uśmiechu, nawet sama Bonnie.
- Nie ma sprawy, widziałaś El?
Czarownica poczuła, jakby ktoś ją z pięści uderzył w brzuch. Przypomniała sobie jak rano żyła tą nadzieją, że Elizabeth zrozumie...
- Nie, nie widziałam jej od biologii... A szukasz jej bo...?
- Chcę się zapytać, czy idzie na dzisiejszą imprezę... wiesz, nie po to się tyle produkuję, żeby nikt nie przyszedł. Lecę do Greenwich, żeby jej dać listę z potrzebnymi rzeczami... Do zobaczenia na historii!
Wykrzyknęła blondynka i w pośpiechu odeszła, wymijając kolejnych uczniów. Bonnie wzruszyła lekko ramionami, przesuwając wzrokiem po znajomych twarzach. Grupka chłopaków stojąca obok mulatki wybuchnęła śmiechem i ponownie skupiła wzrok na telefonie trzymanym przez jednego z nich. Dziewczyna przewróciła oczami i idąc dalej korytarzem nagle poczuła tępy ból w czaszce. Przystanęła na chwilę i rękę, którą nie obejmowała podręcznika, przyłożyła do skroni. Zupełnie jakby ciśnienie chciało rozsadzić jej głowę. Desperacko zaczęła się rozglądać dookoła, szukając napastnika, jednak ból, uciskał jej mózg, uniemożliwiając racjonalne myślenie. Oparła się ramieniem o ścianę, czuła, że traci władzę nad nogami, które bez jej wiedzy się uginają. Nagle poczuła wokół siebie silne ramiona i cichy szept:
- Mam Cię.
Jak zza dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko wróciło do normy. Ból się wycofał, wzrok i słuch wyostrzył.
- Już lepiej?- zapytał jej wybawca, na co Bonnie kiwnęła głową i podniosła wzrok. Jej oddech był jeszcze przyśpieszony, a serce biło w zawrotnym tempie.
- Dziękuję- powiedziała i z pomocą Stefana stanęła prosto.
- Co się stało?- ciało blondyna wciąż było napięte, czekało w gotowości.
- Głowa mnie rozbolała i myślę, że...- rozejrzała się dookoła i ściszyła głos.
- I myślę, że to ktoś mi to zrobił. To było jak zaklęcie flagrantis mentis. To dzięki niemu możemy kogoś obezwładnić, sprawiając, żeby dana osoba czuła, że jej mózg zaraz eksploduje.
- Niestety znam to uczucie- powiedział, zastanawiając się głośno- i sądzisz, że kto to mógł być?
- Nie mam pojęcia, starałam się ogarnąć wszystkich wzrokiem, ale... niewyraźnie widziałam, jak przez mgłę pamiętam pojedyncze osoby patrzące się na mnie jak na wariatkę, ale to nie był nikt z nich, jestem tego prawie pewna... Ta osoba była na tyle blisko, żeby zadać mi ból i na tyle daleko, żeby nie zostać wykrytym.
- To znaczy, że mamy kolejny problem... Cholera, powiedz Caroline i Elizabeth, żeby trzymały się w miarę możliwości razem. Dołącz do nich... Właśnie, a propos El... Wiesz co się wydarzyło dzisiaj rano? Cała szkoła o tym mówi.
Bonnie od razu się zrobiło słabo. Miała ochotę wyżalić się Stefanowi, ale uznała, że to nie najlepszy pomysł, to była sprawa między nią, El i Damonem.
Jak na potwierdzenie słów Stefana obok przeszło dwóch chłopaków ze wzrokiem wlepionym w komórkę.
- Patrz, jak nią walnęła o szafki!
- Ale jazda! To by było dobre intro do lesbijskiego porno!
- O tym samym pomyślałem!
Salvatore złapał telefon i zahipnotyzował uczniów.
- Dzięki, możecie iść dalej i o tym zapomnieć.
Gdy odeszli Stefan włączył filmik od początku. Był nieco poruszony, było widać, że nagrywający się śmieje.
- Patrz, patrz... Laski się biją! Nagrywaj.
- Nagrywam już, no!
- Ostatni raz mnie dotknęłaś, odezwałaś się do mnie, albo chociaż na mnie spojrzałaś. Jak powiem...
- To będzie hit na YouTubie!
Blondynka próbowała się wyrwać z uścisku Gilbert, ale nie umiała. Stefan zmarszczył brwi.
- Zostaw! Puść mnie!
Chciała uderzyć Elizabeth z pięści, ale ta nadzwyczaj szybko się uchyliła i zmieniła pozycję, tak, by znajdować się za Kimberley i wykręcać jej rękę.
- Nie wiedziałam, że El tak potrafi- szepnęła Bonnie.
- Ja też nie.
- To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie...
Blondynka została popchnięta na nagrywającego, przez co obraz ponownie się zatrząsł.
- Nagrałeś to?
Spytała Kim cicho i się lekko uśmiechnęła. Następnie się odwróciła tyłem do kamery.
- Chowaj fona! Saltzman idzie!
Zapadła ciemność i na ekranie pojawiła się tylko szara strzałka i pod nią napis „PLAY”. Jednak sokoli wzrok Stefana zarejestrował coś, zanim wyłączono kamerkę. Przewinął nagranie prawie do końca i zatrzymał je pół sekundy przed zakończeniem.
Bonnie zakryła sobie usta dłonią.
- Czy to... Czy to Ona?
- Zgaduję, że tak...
- Ale jej oczy... Tylko jej są czerwone, niczyje inne.
- Czyli to nie wina kamery... Tylko naprawdę coś z nią jest nie tak...
***
Wpatrywałam się w przeciwległą ścianę, jakby mi to miało przynieść ulgę w cierpieniu. Nie umiałam od niej odwrócić wzroku, sunęłam spojrzeniem po grzbietach książek na regale, choć i tak z dalekiej odległości nie byłam w stanie przeczytać ich tytułów. Dookoła było cicho i spokojnie, trochę tak, jakby czas się zatrzymał w tym domu. Wskazówki wielkiego nakręcanego zegara powoli dążyły do połączenia się na liczbie 12. Wiedziałam, że zacznie wtedy bić i ten dźwięk wwierci się w moją głowę, przerywając tym samym błogą ciszę.
Obróciłam się na plecy, by móc spojrzeć na Damona. Poprawiłam położenie swojej głowy na jego kolanach i mocniej splotłam nasze palce. Brunet na mnie spojrzał z pokerowym wyrazem twarzy i już wiedziałam, że nasza rozmowa nie będzie należała do najprzyjemniejszych.
- Już lepiej?
- Nie wiem- odpowiedziałam lakonicznie i podniosłam się na tyle, żeby napić się burbona z jego szklanki.
- A kiedy będziesz wiedziała?
Westchnęłam i odłożyłam naczynie. Spojrzałam na Niego z wyrzutem.
- Jakiej odpowiedzi oczekujesz ode mnie, po tym co się stało? Pamiętasz co do Ciebie mówiłam? Bo ja tak! I czuję się z tym okropnie. Nie będzie lepiej, nie w najbliższym czasie...
Chwilę milczeliśmy, ale Damon zaraz przerwał ciszę.
- Jak Ci mogę pomóc?
Parsknęłam śmiechem i wstałam, Damon poszedł w moje ślady.
- Pomóc? Damon, na litość Boską! Ty musisz trzymać się ode mnie z daleka! Powinniśmy zerwać, rozstać się, oddalić na minimum kilkaset kilometrów i nie oglądać za siebie. Tak właśnie powinniśmy zrobić, ale nie zrobimy, przez naszą wyimaginowaną miłość!
Znowu zaczęłam się denerwować, przypominać sobie o wszystkich zdarzeniach tego ranka.
... to zaklęcie działa tylko w jedną stronę, czyli człowiek zakochuje się bezwarunkowo w wampirze...”
Zacisnęłam mocno powieki, ale czy to mnie mogło uratować przed napływającymi do mojej głowy słowami i obrazami...?
Nie.
- Dopiero co twierdziłaś, że pieprzysz tą klątwę i będziesz ze mną choćby nie wiem co, a teraz mówisz, że nasza miłość jest wyimaginowana?!
- Wszystko się komplikuje, bo jesteśmy ze sobą. Mimo, iż miałam stracić pamięć, nie straciłam jej, bo wolałam postawić na swoim...
- Właśnie dlatego nie możemy dać za wygraną! Dla tego cholernego uczucia, które nas połączyło, dla którego zginęłaś, a ja byłem mentalnie torturowany i zabijałem wszystkich jak leci! Dla którego trafiłaś do szpitala, a ja siedziałem cały czas przy tobie, bo to COŚ nas połączyło!
- Skąd pewność, że to „coś” to miłość, Damon?- spytałam, patrząc mu w oczy.- Skąd pewność, że to bezwarunkowe poświęcenie jest w stu procentach prawdziwe?
Zrobiło mi się ciepło. Już traciłam kontrolę nad tym co mówię i czuję. Zalewała mnie fala za falą. Pierwsza była wściekłość, potem osłupienie, trzecia dezorientacja, a ostatnie było poczucie winy, które mnie doszczętnie zalało, mieszając się z pozostałymi falami i ten cichy głos w mojej podświadomości, który wciąż powtarzał jedno słowo: egoistka.
- O czym ty mówisz?
Egoistka, bo myśli tylko o sobie.
- Jest pewna rzecz, której nie wiesz...
Egoistka, bo nie dba o niczyje uczucia.
- Bonnie mi o tym dzisiaj powiedziała...
Egoistka, bo ignoruje potrzeby innych.
- Coś co neguje moją miłość do ciebie, ale nie twoją do mnie...
Egoistka, bo nie przejmuje się innymi.
Twarz Damona wyrażała strach, ale ja dalej kontynuowałam.
- Widzisz... Bonnie kiedy się poznaliśmy, rzuciła na nas zaklęcie...
Egoistka, bo nie liczy się z niczyim zdaniem.
- El, ja nie wiem, czy chcę tego słuchać...
A ja dalej mówiłam i z każdym kolejnym słowem miałam coraz większą ochotę, żeby zapłakać, ale z moich oczu nie wypłynęła ani jedna łza.
Egoistka, bo jej szczęście jest najważniejsze, niczyje inne.
- To Wpojenie, Damonie, nic więcej nas nie łączy...
Nagle otrząsnęłam się z tego dziwnego transu i przeanalizowałam swoje myśli, słowa i czyny. Przerażona twarz Damona, sprawiła, że zasłoniłam buzię dłonią. Zaczęłam się wycofywać w stronę drzwi.
- Przepraszam... Mój Boże... Przepraszam... Damon, wybacz mi... nie możemy... ja nie mogę...- i ponownie chciałam uciec. Miałam tendencję do uciekania od problemów, to był mój odruch ostatnimi czasy. „Jasne, uciekaj, zawsze tylko uciekasz…”. Damon mnie złapał za nadgarstki i mocno mną potrząsnął.
- Byłbym Ci bardzo wdzięczny, gdybyś się w końcu uspokoiła i opowiedziała mi od początku do końca o wszystkim!- krzyknął wampir. Podniosłam wzrok i wpatrzyłam się w jego gniewne oczy.
- Już?- spytał, lekko rozluźniając uścisk.
Kiwnęłam powoli głową i z pomocą Damona, co oznaczało, że Damon mną rzucił, usiadłam na kanapie.
- A teraz od samego początku, do samego końca.
Chyba właśnie tego potrzebowałam, żeby ktoś mną potrząsnął i, żebym dzięki temu zdała sobie sprawę, co ja najlepszego wyprawiam?
Nie pomijając żadnego szczegółu opowiadałam o wydarzeniach tego dnia brunetowi. Jego twarz zmieniała się ilekroć zaczynałam nowy wątek. Uśmiechał się, gdy mu mówiłam o mojej bójce z Kimberley, był skupiony, gdy rozmawialiśmy o Saltzmanie i był niesamowicie wściekły gdy usłyszał o Wpojeniu, a dolałam oliwy do ognia, kiedy powiedziałam, że Evans mnie szantażuje zdjęciami.
Damon się zerwał z miejsca i nawet nie przelewając sobie alkoholu do szklanki, wypił go prosto z butelki.
- Wolałabym, żebyś nie uciekał do alkoholu ilekroć problemy pojawiają się na horyzoncie...- powiedziałam szeptem, a i tak to wystarczyło, żeby puściły mu nerwy.
- A jak mam do niego nie uciekać, skoro, moja dziewczyna, tak naprawdę mnie nie kocha, może mnie w każdej chwili zabić oraz ma humor jak zgorzkniała baba?!
Jak ja przed chwilą krzyczałam na niego, tak on teraz krzyczał na mnie, a przy tym miał całkowitą rację. Co do wszystkiego i to było chyba najbardziej irytujące.
- Co powiedział Saltzman? Ile to będzie trwało?
- Dopóki nie nauczę się tego kontrolować...
- To znaczy...?
- To znaczy, kiedy nauczę się nie krzyczeć na wszystkich i nie płakać z byle powodu! Mam Ci dokładną datę podać?
- Nie!- krzyknął, ale zaraz się opanował, usiadł obok mnie i położył dłoń na moim kolanie.
- Przepraszam...- szepnął i spuścił wzrok- ale jak pomyślę, że ja Cię kocham na zabój, a ty jedyne co będziesz do mnie naprawdę czuła to obrzydzenie i nienawiść, to czuję jakby ktoś mi chciał wyrwać serce z piersi...
- Damon, to co mówiłam nie było prawdą. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym przejść obok Ciebie obojętnie, to niewykonalne. Musiałabym się chociaż odwrócić... Teraz możesz mi wmówić, że to Wpojenie, ale czy zanim Bonnie mi to powiedziała, pomyślałbyś, że cokolwiek między nami może być sztuczne? Powiedz, że choć raz Ci to przeszło przez myśl... kiedy się przytulaliśmy, kiedy razem jedliśmy, kiedy słuchaliśmy muzyki, kiedy do cholery tańczyliśmy na balkonie w blasku księżyca, kiedy się całowaliśmy, kiedy się kochaliśmy! Czy chociaż raz o tym pomyślałeś? O głupim Wpojeniu?!
- Nie... ale nawet nie braliśmy takiej opcji pod uwagę.
- Czemu na siłę chcesz to wszystko rozpieprzyć?!
- Nie chcę, ale nie chcę też żyć w tej nieświadomości, gdybaniu co chwilę: „czy tak samo by się zachowała, gdyby nie łączyło nas Wpojenie? ”.
Przewróciłam oczami, wstałam i zaczęłam się przechadzać po salonie tam i z powrotem.
- A jeśli już zostało złamane to zaklęcie? W chwili, kiedy umarłam? Nie dałam Bonnie dużo powiedzieć na ten temat, byłam... podminowana... jeśli tak można to określić...
- Podminowana... wow, nie takiego przymiotnika się spodziewałem...
- Wiem, ale musisz to jeszcze jakoś wytrzymać. Spytam Ricka, czy ma ten weekend wolny, nie mogę w sobie nosić odbezpieczonej bomby zegarowej.
- Racja, długo jeszcze z Tobą nie wytrzymam.
- No dziękuję- powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam. On odwzajemnił uśmiech i poklepał lekko swoje kolano, dając mi znak, żebym na nim usidła, co też zrobiłam.
- Przepraszam- szepnęłam, patrząc na jego usta- nie panuję nad sobą... ta durna Evans dzisiaj przeszła samą siebie...
Damon objął mnie w talii i przyciągnął do siebie. Spojrzał na moje usta, a potem mi w oczy.
- Nie przejmuj się nią... jest po prostu zazdrosna...
- Wskaż jedną dziewczynę, która by nie była, przecież jesteś najprzystojniejszym facetem na ziemi i w dodatku wampirem! Boże, moje życie jest spełnione- zaśmiałam się, a Damon mi zawtórował. Nagle mi się coś przypomniało. Przygryzłam dolną wargę.
- Co jest?
- Chciałam... Chciałam zapytać, czy mógłbyś kazać Evans i jej przyjaciółeczkom wykasować wszystkie te zdjęcia?
- Chcesz, żebym na nie wpłynął?
- Tak. Najchętniej to bym je zabiła...
Damon pocałował mnie w policzek.
- Jak się zdecydujesz ich pozbyć, to zadzwoń, znam kilka miejsc na groby...
- Pewnie, że zadzwonię, chyba nie sądzisz, że sama je zabiję...- wampir pocałował mnie ponownie w policzek, potem schodził wzdłuż mojej żuchwy, przez tętnicę szyjną i zatrzymał się na moich obojczykach.
Odchyliłam się do tyłu, by dać mu więcej przestrzeni.
Podciągnął minimalnie moją bluzkę i położył dłonie na mojej nagiej skórze. Były zimne, miękkie, gładkie i duże, aż dostałam gęsiej skórki. Wplotłam palce w jego włosy i zaciągnęłam się ich zapachem, mieszaniną mięty z typową męską wonią... po prostu nie do opisania.
- Potrzebowałem tego...- wyszeptał w moje zagłębienie między obojczykami.
- A ja ciebie...- sunęłam nosem po jego czarnych pasemkach, nie wiedziałam co mnie tak pociągało w jego włosach, to przecież tylko włosy, prawda? Jak każde inne... A jednak nie.
- Lubię jak się bawisz moimi włosami- wyznał, wydychając ciepłe powietrze na moją skórę. Zadrżałam i przymknęłam powieki. Poczułam jak dłonie Damona wędrują w górę i jedna z nich zatrzymuje się na haftkach stanika. Jednym ruchem palców je odpiął, a ja nie potrafiłam mu odmówić. Byłam gotowa mu się oddać na tej kanapie, w blasku słońca, a nie świec, ze świadomością, że każdy, w każdej chwili tu może wejść, zamiast sypialni zamkniętej na trzy spusty. Nic nie miało dla mnie znaczenia, poza tym, że to Damon jest przyczyną mojej przedwczesnej zapaści. Miałam zawroty głowy, kiedy błyskawicznie mnie przygwoździł plecami do kanapy, było mi duszno, kiedy w końcu nasze usta się spotkały, a jego ręka powoli zmierzała ku moim piersiom, traciłam oddech, gdy Damon wyprostował się i ściągnął swoją bluzkę, ukazując tym samym swoje mięśnie, które chyba zbyt idealizowałam. Dotknęłam jego mięśni bocznych, a potem przejechałam palcem wzdłuż jego włosków.
- Znalazłam ósmy cud świata, dzwoń po Obamę...
Damon tylko uśmiechnął się leniwie i napiął wszystkie mięśnie, kiedy rozpinałam jego spodnie. Lekko na mnie opadł.
- Co się stało?
- Nic, po prostu nie chcę okazać tego, jak bardzo mnie podnieca twój dotyk.
- Masz rację, nie przyznawaj się, bo moje ego urośnie do rozmiarów twojego.
- Mojego czego?
Przewróciłam oczami, próbując się nie uśmiechnąć.
- Ego, Damonie, ego...
- Mhm- wymruczał i pocałował mnie delikatnie, ale zaraz wpił się zachłannie w moje wargi, a palce wpiął w moje włosy. Objęłam go nogami w pasie, a ręce mu zarzuciłam na szyję. Jedyne o czym teraz marzyłam, to żeby poczuć go jeszcze bliżej niż kiedykolwiek.
I nagle zaczął dzwonić telefon.
- Ignoruj to- szepnął nie odrywając swoich rozpalonych ust od mojego ciała. Telefon zamilkł, by po chwili rozszaleć się na nowo.
- Damon- oderwałam się od bruneta i spojrzałam na niego.
- Cholera, oby od tego zależało czyjeś życie...
Sięgnął po komórkę leżącą na stole.
- Czego?
Skrzyżowałam ręce na piersi i odetchnęłam głęboko. Damon się pochylił i mnie pocałował w szyję. Uśmiechnęłam się i położyłam dłonie na jego włosach. Nagle jednak zastygł i z powagą wypisaną na twarzy się ode mnie odsunął.
- Masz to wszystko na filmie? Ale skąd...?
Spojrzałam na niego pytająco. Damon usiadł, a ja poszłam w jego ślady zapinając biustonosz.
- Steffy, czekaj, dam Cię na głośnomówiący, El jest ze mną.
Zapadła na chwilę cisza, w której Stefan coś mówił.
- Wolę, żeby o wszystkim wiedziała- Damon spojrzał na mnie.
- Czemu jej nie ma w szkole?
- Bo Evans doprowadziła ją do takiego stanu, że tej suce nogi z dupy powyrywam!
- Cześć, Stefan- powiedziałam.
- Hej, wszystko okey?
- Pomyśl trochę, jak cokolwiek może być okey w takim dniu, oprócz pogody?
- Racja... Więc ogólnie, jest nieciekawie. Powiem to, co przed chwilą powiedziałem Damonowi. A mianowicie, podejrzewamy z Bonnie...
Na dźwięk jej imienia poczułam gulę w gardle. Źle ją potraktowałam, przecież nie zrobiła tego specjalnie, przeprosiła mnie...
- Że przybył nam kolejny wróg i nie jest on tak daleko- kontynuował Stefan.- Pożyczyłem od chłopaków filmik, na którym Ty i Kimberley się bijecie... a raczej ty ją bijesz i w ostatniej sekundzie filmiku kamera ujmuje Caroline...
- Caroline tam była? Nie wychwyciłam jej, przecież nawet mówiła, że tylko o tym słyszała...
- W takim razie kłamała- powiedział Damon- jak we wszystkim zresztą, nikt się nie włamał do jej domu, wszystko było ukartowane, pytanie tylko po co?
- Może, żeby nie podpaść? Jako ofiara nie byłaby podejrzana...- podsunęłam.
- Póki co to tylko nasze podejrzenia, ale jest jeden fakt- dowód. Kiedy kamera nagrała Caroline, jej oczy jarzyły się na czerwono...
- Jesteś pewien, że to nie efekt czerwonych oczu?
- Gdyby był, tylko źrenice świeciłyby się na czerwono, a nie całe oczy!
Odetchnęłam głęboko.
- Mówiłem Ci- wypomniał mi Damon- że coś jest z nią nie tak. Stefan, jeśli będziesz na tyle silny to zobacz aurę blondi. Ostatnio jak sprawdzałem to ona była czerwono-złota. Rozumiesz? Czerwono-złota! Barbie plus taka aura nie wróży nic dobrego.
- Cholera- mruknął Stefan.
- Co „cholera”? Co to znaczy? To źle?
- Bardzo- odpowiedział Damon, na co mu spojrzałam w oczy. Schowałam się w jego ramionach, zaciągając się wspaniałym zapachem bruneta.
- To znaczy, że jest agresywna, wściekła i ma duży potencjał.
- Ale Caroline nie ogarnia nawet równań z dwoma niewiadomymi.
- O to w tym wszystkim chodzi..
- Podejrzewamy, że coś w niej jest, coś ją kontroluje...
- To będę ją śledził. Może wtedy się czegoś dowiemy.
Wolałabym, żeby całą noc spędził ze mną, że też on nie ma pojęcia, jak się za nim stęskniłam, ale nie powiedziałam tego na głos, mój egoizm ponownie dawał się we znaki... Musiałam nad Nim zapanować.
Stefan się zgodził z pomysłem Damona i powiedział, że odprowadzi Bonnie do domu.
- Tak będzie bezpieczniej... Idziemy na lekcje, do zobaczenia.
- Pa...- mruknęłam i wtuliłam twarz w pierś mojego chłopaka.
- Jestem największą egoistką, jaka chodzi po ziemi- jęknęłam.
- Co? Czemu?
- Coraz częściej się na tym łapię, że dbam tylko o swoje szczęście, nikt więcej się nie liczy... i nie zaprzeczaj- powiedziałam szybko, bo Damon już otwierał usta, żeby mi przerwać.
- Po pierwsze- każdy jest egoistą, a ja jestem jeszcze większym od Ciebie...
- Nie jesteś...
- Tak? To co powiesz na to: Nie chcę, żeby nasza więź została przerwana.
Teraz się zdziwiłam.
- Nie chcę, bo to wszystko to może być jeden, wielki kit! I zostanę sam... a tego nie zniosę... I kto tu jest egoistą?
Siedzieliśmy już naprzeciwko siebie i nie mieliśmy odwagi spojrzeć sobie w oczy.
- Ja wiem, że to jest prawdziwe.
Damon gwałtownie się zerwał z kanapy i założył koszulkę.
- Nic nie wiesz!
Pociągnął kilka sporych łyków whisky.
- Nic...- powiedział już spokojniej, odłożył szklankę na ciemny stolik i oparł się o niego obiema rękami.
- Masz rację, nic nie wiem, natomiast ty jesteś wszechwiedzący. Jak zwykle- skrzyżowałam ręce na piersi i założyłam nogę na nogę.
- Chodzę po tym świecie trochę dłużej od ciebie.
- Co nie zmienia faktu, że nigdy jeszcze nie spotkałeś się z Wpojeniem i nie masz pojęcia jak to działa... A tak przy okazji to co robiłeś w środku nocy w bibliotece?
- Nic. Chyba Ci się przyśniło.
Usiadłam normalnie.
- Spróbujmy jeszcze raz: co robiłeś w środku nocy w bibliotece?
Westchnął ciężko.
- Wtedy, kiedy byliśmy na motorze i spotkaliśmy blondi, już podejrzewałem, że coś z nią jest nie tak...
- To wtedy widziałeś jej aurę?
- Tak... i te błyski w jej oczach... nie chciałem Ci o tym mówić... mieliśmy przecież dzień bez problemów międzygatunkowych... chciałem się dowiedzieć co spowodowało zmianę zabarwienia aury.
- I dowiedziałeś się?
- Nie... Niestety nie znalazłem nic na ten temat.
Usiadł obok mnie opierając się łokciami o kolana i spojrzał na mnie.
- Chcę tylko żebyś była bezpieczna...
- Ja chcę tego samego dla Ciebie...
Lekko go trąciłam łokciem, odwzajemniając uśmiech. Położyłam mu głowę na ramieniu. Przymknęłam powieki delektując się w końcu tą chwilą najprawdziwszego spokoju. I chociaż wiem, że nie będzie ona trwała wiecznie, to należy z niej korzystać i się nią cieszyć.
- Życie jest do dupy- szepnął w moje włosy.
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.
- Myśl pozytywnie.
- Hurra, życie jest do dupy- sarknął i automatycznie się zaśmiałam- lepiej?
- Oczywiście.
Damon dopił alkohol, a ja sięgnęłam po komórkę. Przyszedł sms od Jenny.
- Wygląda na to, że będę miała szlaban...
- Co? Czemu?
- Jenna napisała: „Po szkole zaraz do domu. Musimy porozmawiać”. Nienawidzę jak ktoś tak mówi, to mnie przeraża.
- W takich chwilach szczególnie się cieszę, że jestem wampirem i mogę się do Ciebie „włamywać” przez okno...
Przewróciłam oczami.
- Co przewracasz oczami? Nie mów, że nie uważasz tego za zaletę.
- No tak, tak. Zgadzam się z tobą- powiedziałam dla świętego spokoju. Ale co prawda to prawda, to była wygoda.
- Kobiety- mruknął Damon i napił się whisky. Trąciłam go łokciem, ale na tyle lekko, żeby trunek się nie wylał.
- Faceci... Tylko jedno wam w głowie.
- Nie? Chociaż w teorii to wszystko się niby zmienia kiedy spotykamy tą jedyną...
- To daj znać jak ją spotkasz...- chciałam go trochę sprowokować tym zdaniem, trochę się z Nim poprzekomarzać, ale z jego miną zaczęłam się zastanawiać. Miał mnie za tą jedyną? Będziemy już zawsze razem? Czy on chce tego co ja?
Nie patrzył na mnie tylko, wlepił wzrok w szklankę.
- Zastanawiałaś się jak to będzie wyglądało za kilka lat?- wypalił.- Za rok pójdziesz na studia... potem znajdziesz pracę, potem byś chciała wyjść za mąż i mieć dzieci...- położyłam dłoń na jego kolanie, ale on ją strącił.
- Damon...
- Nie zaprzeczaj. Wiem, że tego będziesz chciała. To przecież normalne, nie ma w tym nic złego. Problem w tym, że ja nie będę w stanie dać Ci tej normalności...
- Nie oczekuję tego od Ciebie...- spojrzał na mnie.
- Nie kłam.
- Nie kłamię- przełknęłam ślinę, czując wyraźniej gulę w gardle.- To, że nie będę żyła jak kilka miliardów ludzi, to nie znaczy, że nie będę szczęśliwa.
Damon nie wyglądał na przekonanego, ja sama nie była do końca przekonana, ale musiałam sprawić, żeby chociaż on w to uwierzył. Usiadłam mu na kolanach, twarzą do niego i go przytuliłam, by moje usta dotykały jego czoła. Poczułam jak mnie obejmuje w talii swoimi silnymi ramionami. Czułam jego oddech na dekolcie, zaraz potem na szyi. Wplotłam palce w jego czarne włosy i przyciągnęłam jeszcze bliżej siebie. Po prostu chciałam się do Niego przytulić, poczuć się całkowicie bezpiecznie. Łzy mi same napłynęły do oczu, wbrew mojej woli.
- Eli? Ty płaczesz?
- Nie- zaprzeczyłam szeptem.
Odsunął się lekko ode mnie i delikatnym, aczkolwiek stanowczym ruchem zmusił mnie bym położyła głowę na jego torsie. Zaciągałam się zapachem cienkiego materiału bluzki z uchem przyłożonym do lewej piersi. Czułam każdy najmniejszy skurcz jego serca i słyszałam każdy głuchy odgłos temu towarzyszący.
- Kocham Cię- szepnęłam.
- Ja Ciebie też.
Nie odezwałam się już. Nie chciałam, żeby Damon się przestraszył moich słów. Przy wampirze lepiej nie mówić: „na zawsze” i „nigdy”, a gdy tym wampirem jest Damon Salvatore, nie mówi się też: „zaangażowanie”, „dzieci”, „małżeństwo”. To jest temat tabu. I o tym się nie mówi... Nigdy...
***
Jeśli Jenna kiedykolwiek była zła, to było to nic w porównaniu do tego, co przeżywała teraz, a jeżeli ja się jej kiedykolwiek bałam... to to również było nic. Już od dobrych dziesięciu minut słuchałam krzyku Jenny i w żadnym wypadku nie zapowiadało się, żeby nastąpił koniec kazania.
- To, że jesteś pełnoletnia, nie oznacza, że jesteś dorosła! Ile razy mam Ci powtarzać?! Ile?! Daj mi znać gdzie jesteś, co się z Tobą dzieje, albo gdzie będziesz spała! A co do tego, to jestem bardzo wyrozumiała, bo nie wyobrażam sobie, żebyś tak samo postępowała przy rodzicach! Nic byś im nie powiedziała, że będziesz spała u swojego chłopaka i Bóg wie co tam będziecie robili! Byłam bardzo tolerancyjna i mnie to nie interesowało, ale to się zmieniło, gdy nie wróciłaś na noc do domu, uprzednio mi wysyłając smsa, że mam za Ciebie podwieźć Jeremiego. Naturalnie miałaś w dupie to, że mogę mieć własne plany! Musiałam wszystko rzucić i zawieźć młodego na drugi koniec miasta! On Cię teraz potrzebuje, twojego wsparcia, chciał z Tobą pogadać o tym wszystkim, widać, że to go przytłacza, ale skąd ty to możesz widzieć, skoro w ogóle Cie nie ma w domu! Dzisiaj Jer urwał się ze szkoły. Jeszcze nie wie, że ja wiem... Widziałam go w parku, jak siedział na ławce i palił...
Jenna westchnęła ciężko i usiadła na krześle.
- Nie przypuszczałam, że opieka nad dwoma nastolatkami będzie taka trudna... myślałam, że będziesz odpowiedzialna, Elizabeth. Sądziłam, że będę miała w Tobie oparcie w sprawie Jerego, że będziesz mi pomagała, ale ty widzisz tylko czubek swojego nosa.
- Jenna, przepraszam, ja się zmienię...- starałam się to wyprostować, a może zagłuszyć poprzednie zdanie kolejnym?
- Ludzie się nie zmieniają, po prostu zmieniają maski... jeśli chcesz być traktowana jak dorosła, to zachowuj się jak dorosła, sypianie z facetem nie sprawi jednak, że taka będziesz.
To był policzek. Siarczysty, mocny, wymierzony policzek.
- Możliwe, że potrzebujecie po prostu dyscypliny. Od dzisiaj zaczynając będziecie mieli określone zajęcia w domu. Pranie, sprzątanie, gotowanie i wynoszenie śmieci. Nauka będzie dla was najważniejsza, nic innego. Ograniczysz swoje spotkania z Damonem, on na Ciebie źle wpływa...- potarła oczy, jakby nie spała od co najmniej doby- stajesz się taka jak on...
- Nieprawda- zaprzeczyłam cicho, na co Jenna spojrzała na mnie minimalnie mrużąc oczy- Nie wiesz jaki on jest, nic o nim nie wiesz. Wszyscy go oceniacie na podstawie kilku rzeczy, kilku błędów, które popełnił, a nikt nawet nie stara się go lepiej poznać!
- A jak mam go postrzegać? Był w połowie dziewczyn w Mystic Falls! Żadna nie została dobrze potraktowana, czemu sądzisz, że z Tobą będzie inaczej? Nie zauważyłaś jeszcze tego cholernego schematu? Wszystko jest dobrze, potem jemu odbija, kłócicie się, ty cierpisz, on korzysta z życia, potem mu się o Tobie przypomina, przyjmujesz go i ponownie wszystko jest dobrze... znowu i znowu, i z n o w u. Kiedy to zobaczysz?!- krzyknęła i wstała z krzesła, zza głośnym trzaskiem je zasunęła.
A ja tak stałam i wpatrywałam się we wszystko i w nic. Każde słowo było, ale go nie było, trafiało, ale i nie trafiało, trochę tak, jakby ktoś mnie uderzył z całej siły w głowę... kijem... bejsbolowym... metalowym. Wszystko dookoła było jak ze snu... czy też może bardziej koszmaru. Tak nierealne i nieprawdziwe... a jednak- prawdziwe. To rzeczywistość, skarbie- wyszeptał głos w mojej głowie- to pieprzona rzeczywistość, od której nie uciekniesz, której nie zagłuszysz. Musisz ją zaakceptować i nauczyć się sobie z nią radzić... albo i nie. Twój wybór. Histeryczny śmiech obijał się o ściany mojej czaszki, nie wiedziałam, czy naprawdę się śmieję, czy to tylko w mojej głowie.
Raz za razem mocno zaciskałam powieki. Trzeba było się teraz skupić. To nie czas ani miejsce na okazywanie słabości, Elizabeth, zganiłam się w myślach i automatycznie się wyprostowałam, lecz wystarczyło jedno spojrzenie Jenny, abym ponownie się skuliła. No tak... schemat, ale mimo to lepiej wyprzeć się tej realistycznej wersji mojego związku... I żyć, jakby moje przyjaźnie się nie waliły, jakby nic nie chciało mnie zabić, jakby wpojenie było tylko legendą zapisaną na starych, wyblakłych stronicach wielkich, obitych skórą księgach magii, jakby problemy rodzinne istniały tylko w filmach i książkach, jakby nic z tego nie było prawdą... I żyć. Żyć pełnią życia, jakby każdy dzień miał być moim ostatnim.
- Pomóc Ci w czymś?- spytałam, nie odzyskując jeszcze w całości kontroli nad swoim głosem, co w efekcie zabrzmiało chrypliwie i żałośnie.
- Stół. Lista. Pieniądze. Samochód. Sklep. Teraz.- rzuciła krótkie komendy, jak do psa, może gorzej. W kwestii zaufania i uprzejmości, byłam na liście Jenny znacznie niżej niż pies, jakikolwiek.
- Mój samochód się zepsuł, więc...
- Wystarczyło tylko dolać oleju, nic mu nie jest. Jedź już.
- Dobrze.
Wyjęłam kluczyki z kurtki wiszącej w przedpokoju, uprzednio biorąc listę zakupów i pieniądze. Zamknęłam za sobą drzwi. Odetchnęłam świeżym powietrzem, powietrzem pełnym napięcia. Czemu?
Wystarczyło spojrzeć w górę, żeby zrozumieć. Gęste, ciemne chmury powoli krążyły nad Mystic, niczym myśliwi, łowcy... Zataczali koła, okrążali, osaczali z każdej strony, odcinali dopływ tlenu... Bo pomimo świeżego, leciutkiego wiaterku, było duszno i to c o ś wyczuwalnego na kilometr, nawet w jadącym ze średnią prędkością fordzie.
Jeszcze kilka godzin temu sądziłam, że ten dzień będzie najlepszy w moim życiu, bo co mogło zniszczyć taki piękny, słoneczny dzień? Nic, ale gdy ten dzień przestaje być słoneczny, zepsuć go może wszystko.
Ktoś trąbnął. Spojrzałam odruchowo w lusterko wsteczne. Czemu trąbisz? Ach tak- zielone... Przepraszam.
Ruszyłam i zaraz skręciłam w prawo do jedynego, dużego marketu w tej dziurze.

Zawsze lubiłam chodzić sama na zakupy do dużych sklepów, przynajmniej w Seattle. Ale od tamtego czasu się dużo zmieniło, bardzo dużo. Nie było już taty, ani mamy, ani babci, ani dziadka, ani wujka, tylko ciocia Jenna i mój przyrodni brat- Jeremy. On potrzebował szczególnej opieki, zaraz ma mu zostać tylko Jenna... i ja. Ja- egoistyczna, zapatrzona w rozrywkowego zabójcę siostra, żyć, nie umierać.
Teraz te zakupy to była tortura, zostałam sam na sam z myślami i regałami, ściślej rzecz biorąc. Jednak, błagam, w tym sklepie nie było dużego wyboru; rzeczy najtańsze, czytaj: beznadziejne, ale tanie, średnie, czyli średnie we wszystkim i najdroższe- nas małomiasteczkowych ludzi nie stać na takie rarytasy, to tylko dla tych wybrednych.
Czemu o tym myślałam? Co mnie obchodziły te wszystkie ceny i ukradkowe spojrzenia? Nikogo to przecież nie obchodzi! Co za bzdury, ty w ogóle dziewczyno wygadujesz?
Staram się nie myśleć o tym co mi powiedziała Jenna... Przecież gdyby mu nie zależało, to na pierwszym lepszym zakręcie by zrezygnował i poszedł do innej... Prawda?
- Możliwe... Ale to w sumie nie wyklucza teorii Jenny.
Odwróciłam głowę w stronę osoby wypowiadającej te słowa. Ty...
- Tak. Ja- dziewczyna uśmiechnęła się lekko, podeszła do mojego koszyka i „zawiesiła” się na nim.
- Tak dawno Cię nie było, nie widziałam Cię, nie słyszałam... dlaczego dopiero teraz? Nie żebym za Tobą tęskniła, czy coś- dodałam szybko- ale tak długo już Cie nie było, żadnych znaków...
- Właśnie...- ucieszyła się, zeskoczyła z wózka i podeszła do mnie, by wziąć moją twarz w dłonie. Poczułam się z tym co najmniej dziwnie.- To znaczy, że już tak dobrze ze sobą współpracujemy, że nie zauważasz w ogóle różnicy między mną, a sobą...- odsunęła się ode mnie, dotykając dłonią mojego policzka- ale przecież jesteśmy takie same... a przynajmniej za niedługo będziemy- przewróciła oczami z westchnieniem i podeszła do regałów z mąką. Sięgnęła po paczkę z najwyższej półki i wrzuciła produkt do koszyka.
- C-co?- spytałam, gdy otrząsnęłam się z szoku i odzyskałam panowanie nad głosem.
Dziewczyna wyglądająca tak samo jak ja, ponownie przewróciła oczami i wzięła pierwszą lepszą paczkę mąki. Uśmiechnęła się zadziornie i rzuciła nią o ziemię. Biały proszek rozsypał się wszerz całej alejki.
- Ups- wzruszyła ramionami, a następnie znowu była przy mnie i wyciągała mi długopis z ręki. Odhaczyła pozycję „mąka” i włożyła go ponownie pomiędzy moje palce.
- Co jest następne na naszej liście...? Ketchup!- Zaklaskała wesoło w dłonie i radosnym krokiem ruszyła przed siebie przechodząc po rozsypanej mące.
- Lubię ketchup- odwróciła się przez ramię- ma ładny czerwony kolor... prawie taki jak krew... ja lubię krew... a ty? Przecież jesteśmy takie same... Eliza i Elizabeth- puściła do mnie oczko i skręciła, znikając mi tym samym z oczu.
- Czekaj!- zawołałam za nią. Przejechałam po „miejscu zbrodni” wózkiem. Nie mogłam tak po prostu pozwolić jej odejść, o co jej chodziło? Jak to „za niedługo będziemy”?!
Kiedy skręciłam Elizy już nie było, wróciłam się wzrokiem, rozsypanego produktu również nie było... była za to mąka w koszyku, ta z górnej półki, ona jako jedyna dawała mi nadzieję, czy może bardziej ją odbierała, że nie postradałam zmysłów... jeszcze.
Dalej przemierzając sklep rozprawiałam nad tym, czy mówiłam wszystko na głos, coś jak zmyślony przyjaciel z dzieciństwa, czy może to działo się tylko i wyłącznie w mojej głowie?
Z zamyślenia wyrwał mnie mój telefon. Damon dzwonił. Nie mogłam z Nim teraz rozmawiać... nie o rozmowie z Jenną... ani o niczym innym. Nie odrzucę połączenia, a jak ściszę dzwonek to automatycznie zignoruje połączenie. Musiałam więc poczekać, aż przestanie dzwonić, a potem całkowicie wyciszyć telefon. Tak też zrobiłam, ale nie włożyłam ponownie telefonu do kieszeni. Patrzyłam jak rośnie liczba nieodebranych połączeń, później dostałam wiadomość o treści: „Wszystko ok?”. Nie, nie jest okey... Pod żadnym względem nie jest okey...
Tym razem schowałam komórkę i zajęłam się pozostałymi pozycjami z listy.
***
- Nie odchodź, dopóki nie skończę!!!- krzyknęła Jenna, ale Jeremy już trzaskał drzwiami swojego pokoju. Elizabeth wyjrzała lekko ze swojego pokoju, słyszała całą rozmowę, a raczej monolog Jenny na temat opuszczania szkoły i palenia. Ciotka walnęła w drzwi nastolatka otwartą dłonią i przeszła obok dziewczyny, posyłając jej lodowate spojrzenie. Wysokie, czarne obcasy zastukały po schodach, a później na parterze. El cofnęła się w głąb pokoju, usiadła przed toaletką i kontynuowała kręcenie włosów. Miała wyglądać olśniewająco, żeby zrobić dobre wrażenie na kliencie Jenny, ale to nie mógł być dla niej zwykły kupiec domu, spodobał się jej, dlatego go zaprosiła, żeby między innymi poznał Eli i Jerego. Szatynka wygładziła swoją granatową, gładką sukienkę przed kolana. Odłożyła urządzenie na szafkę i palcami nieco roztrzepała włosy, by się naturalnie ułożyły. Wstała, wzięła złoty cienki pasek i objęła się nim we wcięciu w talii. Następnie sięgnęła do szkatułki po złoty łańcuszek z serduszkiem, który dostała na komunię oraz delikatną, złotą bransoletkę. Jej ręce się trzęsły, nie z jakiegoś konkretnego powodu, tylko już po prostu była zmęczona tym dniem.
- Tak to jest jak za dużo się dzieje- szepnęła pod nosem i odwróciła zapięcie przodem do lustra. Dużo to jednak nie dało. Nagle w odbiciu lustra dostrzegła brata opierającego się o framugę. Ręce miał wsadzone w kieszenie czarnych, prostych jeansów, do nich założył białą koszule, a pod kołnierzem miał luźno zawiązany czarny, wąski krawat.
- Potrzebujesz z tym pomocy?- spytał, na co dziewczyna lekko się uśmiechnęła i skinęła głową. Jeremy podszedł do siostry i odgarnął jej włosy z karku. Zapiął łańcuszek, a później bransoletkę.
- Dziękuję... Dobrze wyglądasz...
Chłopak tylko westchnął i przeczesał włosy palcami.
- Nie będę nie wiadomo jak się stroił, niech Jenna się w ogóle cieszy, że zejdę na dół. Nie mam dzisiaj ochoty na odgrywanie teatrzyku pt.: „Szczęśliwa rodzinka”.
- Tak, coś o tym wiem... Jer, posłuchaj, przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy, że Cię wezmę do szpitala, to było dla Ciebie ważne, a ja zachowałam się jak pieprzona egoistka...
- To prawda.
- Wiem. Może pojedziemy jutro? Samochód ma się dobrze, więc z tym nie ma problemu... Nie wymawiam nawet słowa „obiecuję”. To tylko propozycja, nie zdziwię się, jeśli mnie olejesz...
Jeremy chwilę milczał wpatrując się w odbicie lustrzane siostry, która wciąż stała do niego tyłem.
Odwróciła się przodem do chłopaka z nadzieją w oczach. Zależało jej, żeby naprawić chociaż tą relację, może wtedy uda jej się wieczorem zasnąć, z tą świadomością, że jednak nie wszystko było całkowitą porażką.
- Przepraszam...- szepnęła.
- Przeprosiny przyjęte- odpowiedział i odwzajemnił uścisk siostry. Nawet będąc młodszym od niej przerastał ją o dobre piętnaście centymetrów.
- Dziękuję.
- A poza tym, to moja mama chciałaby Cię poznać... zanim...
- Ja też ją chętnie poznam- przerwała mu, nim zdążył dokończyć- to umawiamy się na jutro? Pojedziemy prosto ze szkoły, ok?
- Mhm...
Odsunęli się od siebie i wygięli usta w słabe uśmiechy.
Elizabeth podeszła do szafy, gdzie w pudełku na buty spoczywały jej granatowe czółenka na wysokim obcasie.
- Czemu mieliśmy się tak ubierać? Nie mogli pojechać do jakiejś restauracji, na przykład w Roanoke? Albo Charlottesville?
- Jennie, chyba zależy na tym, żebyśmy go poznali... i możliwe, że jeszcze wczoraj rano nasza opinia ją obchodziła, na chwilę obecną... wątpię.
Rodzeństwo spojrzało do lustra.
- Pięknie wyglądasz- powiedział Jer.
- Ujdzie...- głęboko westchnęła- czemu Cię nie było w szkole?
Chłopak przewrócił oczami.
- Zaczyna się...
- Martwimy się o Ciebie i nie chcę, żebyś przez głupotę, albo towarzystwo wpadł w jakiś nałóg... Skąd miałeś fajki?
- Och, nie powiem Ci, a poza tym to był tylko jeden raz... jeden dzień odetchnięcia.
- Mi też by się taki przydał.
- Słyszałam, że pobiłaś się z Evans.
- Już to pokazali w wiadomościach? Obama składa już Kimberly kondolencje? Będzie konferencja prasowa? Jeszcze mnie nie powiadomili...
- Przeestań... Po prostu wieści się szybko roznoszą... A jaki był powód tej nagłej nienawiści?
- Ona nie była nagła, tłumiłam ją w sobie, no i samo wyszło... nie powiem Ci o co poszło, jak mi nie powiesz skąd miałeś papierosy.
- Oj, weź!
- Nie odpuszczę Ci, lepiej teraz mi powiedz.
- Obiecałem, że nikomu nie powiem.
- Komu obiecałeś?
Westchnął.
- Dobrze...
- Od Tylera... i to nie był papieros, tylko zioło.
- Tyler?! Zioło?! Odbiło Ci?!
- Obiecałaś, że się nie wściekniesz...
El wzięła głęboki wdech. Miał rację, obiecała. Ostatnio chyba nie miała humoru na dotrzymywanie obietnic.
Obydwoje usłyszeli dzwonek do drzwi.
- Schodźcie!- krzyknęła Jenna z dołu.
- To co? Przedstawienie czas zacząć- zaśmiali się i ruszyli na schody.
Jenna postawiła nadziewaną kaczkę na środku stołu. Wszystko było gotowe. Była bardzo podekscytowana, spojrzała jeszcze w lustro zanim otworzyła drzwi. Czarna, dopasowana sukienka przed kolana i czarne buty na obcasie, włosy falami opadały na ramiona, a usta były delikatnie muśnięte błyszczykiem. Nic się nie rozmazało. Wyglądała perfekcyjnie.
Usłyszała, że dzieci już schodzą, więc otworzyła drzwi. Jenna uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy zobaczyła blondyna z bukietem kwiatów.
- Dobry wieczór, pięknie dziś wyglądasz...
- Hej... wejdź, proszę... Dziękuję...
Mężczyzna wszedł z czarująco tajemniczym uśmiechem na ustach. Podarował jej kwiaty i pocałował jej dłoń. Był ubrany tak jak zwykle, czyli w dopasowany garnitur, jednolitą koszulę i krawat.
Elizabeth szła pierwsza. Musiała się przytrzymać poręczy, żeby w miarę z gracją zejść po tych przeklętych schodach. Przybrała uśmiechniętą maskę. Uśmiechaj się- pomyślała. Kiedy była w połowie schodów spojrzała na tajemniczego gościa.... i stanęła.
Nie, nie, nie... To nie może być prawda... Nie, ja tylko śnię... Jasna cholera!- W głowie dziewczyny szalała istna burza. Czuła, że traci równowagę, jakby leciała przed siebie, na złamanie karku... a jednak dalej stała jak wryta, w szoku, z niedowierzaniem wypisanym na twarzy, zaciskając mocno dłoń na poręczy. Poczuła nagły skurcz w żołądku, dreszcze przeszły po całym jej ciele nie pomijając żadnej partii. Serce biło jak szalone, jakby chciało zrobić dziurę w klatce piersiowej i przez nią wydostać się na wolność. To nie mogła być prawda, to nie mógł być On...
- El, rusz się- szepnął Jeremy, lecz dziewczyna tego nie usłyszała. Była głucha, niema, widziała tylko ten pewny siebie uśmiech i zadziorność, w, na przekór, cudownych, oliwkowych oczach.
Co On tu robi? Czego On chce od Jenny? Czego On chce ode mnie?! Werbena, szybko, teraz, zaraz!
Błyskawicznie odwróciła się do Jeremiego i ze spojrzeniem pełnym strachu jej usta ułożyły się w jedno słowo: „werbena”. Chłopak zmarszczył brwi, nie rozumiejąc o co jej chodzi, jednak po jej przerażonym spojrzeniu nie zadawał pytań, musiał iść po bransoletkę, jak tylko przywita się z nieznajomym. Eli w końcu ruszyła w dół, ale z ostrożnością tak wielką, jakby stąpała po polu minowym lub kruchym lodzie.
To mi się śni... Ten dzień to po prostu jeden wielki koszmar!- pomyślała, kiedy stała w odległości jednego metra od Niego.
- Ty musisz być Elizabeth, piękna, dojrzała i mądra siostrzenica Jenny.
Zielonooki wziął dłoń dziewczyny i bezczelnie, patrząc jej prosto w oczy ją pocałował.- Jestem Klaus. Bardzo mi miło.
Na dźwięk tego imienia jej serce zaczęło bić jeszcze szybciej i mocniej. Zrobiło się gorąco, atmosfera gęstniała, a w oddali można było usłyszeć pierwsze grzmoty.
El musiała przełknąć ślinę, udać, że wszystko jest w porządku z jej głosem...
- Mi również jest miło- uśmiech, El, uśmiechaj się... Uśmiech, powiedziałam!
Jak na komendę usta wykrzywiły się w uśmiechu. Przesunęła się, aby zrobić miejsce Jeremiemu.
- Jeremy, prawda? Silny, młody mężczyzna... Klaus.
Jeremy uścisnął jego dłoń bez większego entuzjazmu, ale nie z obojętnością na twarzy. Może i nie wiedział kim był Klaus, ale mina jego siostry mu wystarczała.
- Taa, miło mi... zapomniałem czegoś w pokoju, zaraz wracam- chłopak szybko zniknął na schodach.
- Proszę wejdź, wszystko jest już gotowe...
- Właśnie czuję te zapachy, od których ślinka cieknie... Sama gotowałaś?
- Tak, to mój debiut kulinarny- zaśmiała się ciotka, a Mikaelson jej zawtórował, posyłając tajemnicze spojrzenia Elizabeth, gdy jej opiekunka nie patrzyła. Widząc jej przestraszoną twarz, z domieszką determinacji uśmiechnął się niczym mały chłopiec. To była dla Niego prawdziwa zabawa, ubaw na sto dwa. Mieć nad wszystkim kontrolę, być zawsze o krok do przodu.
El bała się zostawić Jennę choćby na kilka sekund sam na sam z Klausem, miała wrażenie, że tyle wystarczy, by stała jej się krzywda.
Niech, do cholery, zrobi tak jak Amanda, niech zostawi w spokoju moją rodzinę i niech mnie zabije, pomyślała dziewczyna, ale zaczęła się nad tym głębiej zastanawiać. Była mu potrzebna... do czegoś ważnego, dlatego potrzebował ją żywą... inaczej On w ogóle nie przyjechałby do Mystic Falls. Czy to miało coś wspólnego z tym, że była łowcą?
Klaus komplementował Jennę, a brązowooka stała w przejściu, oparta o framugę i, kipiąc nienawiścią do Pierwotnego, czekała, aż Jeremy do nich dołączy. Usłyszała jak brat zbiega po schodach. Odruchowo spojrzała na jego nadgarstek, miał bransoletkę z werbeną. Eli odetchnęła spokojniej, jedną osobę miała już z głowy.
- El, jak bardzo On jest niebezpieczny?- spytał chłopak.
- Bardzo- odszepnęła i usiedli razem do stołu.

- Panie Dyrektorze, rozumiem i nic się nie stało, naprawdę, przecież możemy to przełożyć, dopóki wszystkiego nie naprawią...
Pan Whitford przejechał dłonią po twarzy mokrej od deszczu. Był niezbyt pocieszony takim biegiem spraw. Właśnie teraz, kiedy ministerstwo robiło cięcia budżetowe musiało się zdarzyć coś takiego.
- Dobrze, możesz powiedzieć wszystkim, że mają wracać do domu, z dzisiejszej imprezy nici- Whitford spojrzał na kilku uczniów należących do samorządu, ubranych w ciuchy charakterystyczne dla lat 60.
Woźny podszedł do dyrektora i Caroline, świecąc przed siebie latarką.
- To wyłącznik nadmiaro prądowy . Wybiło fazę przy liczniku prądu, można ją włączyć dopiero po usunięciu uszkodzenia. Jutro rano przyjdzie fachowiec i oceni straty... Na moje oko ktoś tam grzebał i zrobił to specjalnie.
- Jesteś pewien, Williamie? Może to przez burzę?
- Burza nie przecina kabelków i nie zgniata skrzynki- mruknął woźny i się oddalił, by porozmawiać ze swoimi współpracownikami.
Dyrektor głośno westchnął i wzruszył ramionami posyłając przepraszające spojrzenie blondynce.
- Sama słyszałaś, panienko Forbes. Idźcie już do domów, miłego wieczoru.
Whitford odszedł w stronę swojego biura, a dziewczyna odprowadziła go wzrokiem. Poczuła się trochę źle z tym, że wyrządziła takie szkody, ale co miała zrobić? Elizabeth musiała być na tej imprezie, a Caroline musiała zdobyć jej krew... na imprezach nie trudno o wypadek. Musiała jeszcze dopracować swój plan, nie mogła nic zostawić przypadkowi. Podeszła do swoich rówieśników.
- Przykro mi, wracamy do domów. Coś siadło i nie ma opcji, żeby dzisiaj była impreza...
Jęki zaczęły się rozchodzić po korytarzu, ale wszyscy zgodnie skierowali się do wyjścia i wyszli prosto w deszcz. Caroline jako ostatnia wyszła, żeby się upewnić, że nikt nie został w budynku szkolnym, oprócz woźnych i dyrektora.
Kiedy wyszła, na parkingu stała furgonetka Matta, a w niej siedziała już Bonnie i na Nią machała ręką. Blondynka odetchnęła głęboko świeżym powietrzem. Niebo przecięła błyskawica i dwie sekundy później rozległ się ogłuszający grzmot. Szybko wybiegła w ulewę i wskoczyła do samochodu.

- No dalej, Kim!
- Pieprz się, Greenwood!
Dziewczyna wyskoczyła z samochodu i najszybciej jak tylko potrafiła, pobiegła w stronę suchej werandy swojego domu. Zadzwoniła do drzwi, nie musiała długo czekać, aż jej ktoś otworzy.
- Panienka Kimberly, tak szybko?
Przemoczona do suchej nitki Kim, rzuciła tylko lodowate spojrzenie Dorocie, służącej polskiego pochodzenia.
- Coś się zepsuło... Zrób mi gorącej zielonej herbaty z dwoma plasterkami cytryny i trzema łyżeczkami cukru.
- Wiem, pamiętam, panienko... Panienko Evans, ma panienka gościa... Czeka w panienki sypialni, uparł się, że zaczeka.
- Uch! Nie mam ochoty na żadnych gości, trzeba było go wywalić na zbity pysk! Kogo znowu nosi?!
Cała mokra wbiegła po schodach i z impetem wpadła do pokoju. Zamurowało ją.
- Damon? Co... Co Ty tutaj robisz?
Od razu spotulniała. Zamknęła za sobą drzwi, przyglądając się brunetowi leżącemu wygodnie na jej łóżku.
- Przyszedłem porozmawiać z Tobą w sprawie Elizabeth...
Przewróciła oczami i zdjęła mokry sweter.
- Masz ją zostawić w spokoju- wstał i podszedł do Niej patrząc jej głęboko w oczy.- Masz usunąć zdjęcia, masz o tym całkowicie zapomnieć i najlepiej będzie, jeśli zaczniesz ją tolerować.
Blondynka tylko prychnęła, pokręciła głową i oparła dłonie na biodrach. Damon był zdezorientowany, powinno zadziałać...
- Jeszcze czego! Za kogo ty mnie uważasz? Nie mam zamiaru jej dawać spokoju dopóki jej nie zostawisz...
Werbena... pieprzona werbena w krwiobiegu, pomyślał wampir, więc trzeba będzie to rozegrać inaczej...
- Byłam pierwsza, spodobałam Ci się!
- A ty dalej o jednym i tym samym!- Zirytował się już.- Nic nie było między nami, to był tylko flirt, a poza tym to, to było w maju...- warknął. Ich twarze dzieliło może kilka centymetrów i mimo to Damon nie miał na Nią ochoty. W ogóle! Miał za to ochotę ją zabić, wypić z niej całą krew, słuchać jak jej serce zwalnia i w końcu staje, jak jej oddech staje się coraz płytszy. Po prostu wczuć się w tą chwilę, kiedy dana osoba umiera... Aż się głodny zrobił...
- Mogę jednak zrobić to co karzesz- położyła dłoń na jego ramieniu, brunet spojrzał na jej rękę, walczył z tym, żeby ją z siebie strząsnąć.- Mogę zrobić cokolwiek zechcesz, jeżeli ten jeden raz zrobisz to, czego ja chcę...- wsunęła rękę pod jego skórzaną kurtkę, jednocześnie ją zdejmując.
Damon poczuł ogromną potrzebę wyłączenia uczuć, na tą jedną pieprzoną noc, a potem by je znowu włączył...ale potem to by wróciło silniejsze... Irytowało go to co robił, a On przecież nigdy nie robił tego, czego nie chciał, na co nie miał ochoty... aż do teraz.
Co to dla Ciebie? Przelecieć jakąś laskę, cała filozofia- pomyślał brunet. Nigdy nic nie czuł do tych wszystkich kobiet, nigdy nie miał choćby najmniejszych skrupułów, a teraz jego sumienie krzyczało na cały głos jedno słowo: Elizabeth. Ale ja to robię dla niej- przekonywał się Damon, czując zimne palce Kim na swoim torsie, rozpinające jego koszulę. Robię to co powinienem.
Jeśli Salvatore w chwili obecnej miał na coś ochotę, to było to wyżycie się. Ostatnie czego pragnął to pełen czułości seks.
Wampir przestał stać nieruchomo. Wszystkich części garderoby pozbyli się równie szybko jak Kimberley swojej bluzki. Mężczyzna popchnął dziewczynę na ścianę i przycisnął ją swoim ciałem, by zdjąć z niej bieliznę. Brutalnie całował ją po karku, miał ochotę się w nią wgryźć, ale wiedział, że werbena w jej żyłach by go zeżarła od środka. Evans czuła jego dotyk na całym ciele, jęczała i sapała, gdy nią poniewierał, podobało jej się to, jak wszystkim zabawkom Damona. Rzucił ją na łóżko i bez dalszej gry wstępnej wszedł w nią. Ona głośno jęknęła, co Damonowi się spodobało i poczuł się dokładnie tak jak pół roku temu. Wolny, z odpowiednią ilością promili alkoholu we krwi, dziki, nieokiełznany, niebezpieczny... Podniecenie go wypełniło od środka, czuł, że żyje. Złapał ją jedną ręką za włosy, a drugą zakrył jej buzię, ona mocno zaczepiła się paznokciami o jego plecy i objęła go nogami w pasie. Łóżko było lekko niedosunięte, więc z każdym ruchem Damona ono uderzało o ścianę. Towarzyszyły temu krzyki stłumione, przez dłoń wampira.
Interesowała go tylko jego własna przyjemność. Tak. Tylko tego teraz chciał. Zaznać ulgi nie przejmując się, czy Kimberley zdążyła. Kiedy się zaspokoił po raz pierwszy, przewrócił ją na brzuch. Nie miał litości i ostatnie o czym myślał to to, czy jej zadaje ból. Ale czuł się dobrze jak nigdy, uwolnił starego, dobrego Damona, może i tylko na tą jedną noc, ale to wystarczyło, żeby odnalazł równowagę. Opadł ciężko na poduszki i spojrzał na dziewczynę, która potrzebowała chwili, by do siebie dojść.
- O mój Boże... To było niesamowite- wydyszała, ale Damon już tego nie słyszał. Wsłuchał się w lekko przyśpieszone bicie swojego serca. Wstał i zaczął się ubierać.
- Czemu już się ubierasz?- spytała lekko zawiedziona.
- Przypomniało mi się coś... Dostałaś już to czego chciałaś...
- Istotnie...
Damon podniósł z ziemi kurtkę i już miał wyjść, ale zatrzymał go głos Kimberley.
- Nie pożegnasz się?
Jego dłoń zawisła nad klamką. Głupia suka... Cofnął się i pocałował ją niechętnie. Oderwał się od niej i spojrzał prosto w oczy.
- Dobiliśmy targu. Masz udawać, że nic się nie stało, masz usunąć wszystkie zdjęcia i masz powiedzieć swoim koleżankom, że nic się nie stało. Rozumiemy się?
- Tak... ale wiesz, że w takim razie nie po raz ostatni się widzimy w takich okolicznościach...
- I nie waż się pisnąć słówka Elizabeth, bo pożałujesz.
- Naturalnie... Nasz związek będzie pilnie strzeżony, skarbie.
Wyszedł szybko z jej pokoju, żeby nie zabić tej dziwki, chociaż, to wcale nie byłby taki zły pomysł... Dorwać ją gdzieś w lesie, zamknąć, żeby werbena wywietrzała... albo jej wyrwać serce...
Trzasnął drzwiami wejściowymi i stał chwilę na werandzie domu Evansów. Musiał znowu się wkręcić na zebranie Rady, musiał ograniczyć tą werbenę, którą rozprowadzali po całym miasteczku.
Nie mógł się już doczekać, kiedy usiądzie w fotelu z burbonem w szklance... a może nawet z papierosem? Musiał się rozluźnić, właśnie zrobił coś, czego już dawno nie robił... i coś mu podpowiadało, że nie powinien był tego robić, ale to coś zagłuszył odgłos kropli uderzających w dachówki.
Z wampirzą szybkością wybiegł w deszcz.
***
Ta kolacja trwała już dobrą godzinę i nic nie zapowiadało, żeby się skończyła. Klaus się świetnie bawił moim kosztem, znęcał się nade mną, to mu sprawiało przyjemność. Najgorsze było to, że nawet się odezwać nie mogłam, bo Jenna cały czas była obecna. Jednak w końcu musiała nadarzyć się okazja.
- Wszyscy chcą ciasta?
- Pewnie... Pomogę Ci zanieść talerze- Jeremy się zerwał z krzesła, wziął naczynia i zanim zniknął z Jenną w kuchni posłał mi zdeterminowane spojrzenie.
- Czego chcesz, do cholery?- spytałam sykliwie szeptem.
Blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nurtuje Cie to pytanie, prawda?- w ułamku sekundy spoważniał- Niestety nie dostaniesz ode mnie od razu odpowiedzi. Nie przychodziłaś na cmentarz, a musiałem Cie jakoś złapać... więc wykorzystałem Jennę... chyba czuje się trochę samotna...
- Nic o Niej nie wiesz, ani o mojej rodzinie- warknęłam.- Zostaw ją w spokoju, to jest sprawa tylko między mną, a Tobą. Chcesz mojej śmierci? Proszę bardzo... Zabij mnie teraz!
Klaus się roześmiał i opadł na oparcie krzesła.
- Czemu miałbym chcieć Cię zabić, kochana? Jesteś mi bardziej potrzebna żywa niż martwa... na razie...
- Czy to ma coś wspólnego z tym, że jestem łowcą.
- Proszę, proszę, posłuchałaś mnie...
- A propos... chcę znać prawdę- powiedziałam zdecydowanym głosem. Pierwotny zmarszczył brwi.
- Odnośnie...
- Odnośnie tego, co naprawdę mi powiedziałeś w swojej rezydencji...
- Idzie deser!
Wyprostowałam się, jednak nie spuściłam wzroku z Klausa, a On ze mnie. Przed każdym ponownie stał talerz, tym razem mniejszy. Jenna zrobiła jakiś tort z bitą śmietaną, śmietankowym kremem, truskawkową galaretką i biszkoptem. Był pyszny, ale nie odnajdywałam przyjemności w jedzeniu w Jego towarzystwie.
- Jenna...- zaczął Klaus, a ja już znałam ten ton. Ciocia podniosła głowę i już była pod jego wpływem.
- Klaus! Przestań, cokolwiek robisz, do czegokolwiek zmierzasz!
- Jenna, widzę, że czujesz się senna, zmęczona już całym dniem... Idź już do sypialni i się połóż.- Kamień spadł mi z serca w pewnym sensie. Ona była bezpieczna, Jeremiego zamknę zaraz w pokoju i zostaniemy tylko we dwoje.
- Jeremy, mój drogi... odprowadź ciotkę do jej sypialni, a potem idź do siebie. Dorośli muszą porozmawiać...
- Nigdzie nie idę – zaprotestował Jer, spojrzał na mnie- kim On tak naprawdę jest?
- Lepiej go słuchaj... To najstarszy wampir na świecie- głos utknął mi w gardle. Pierwotny miał teraz zaproszenie do mojego domu, mógł tu wejść o każdej porze dnia i nocy. Nie było miejsca gdzie bym mogła przed Nim uciec. Najgorsze? On o tym doskonale wiedział.
- Słyszałeś siostrę.
Jenna wstała i poszła do siebie.
Jeremy również wstał, ale nie po to, by iść do swojego pokoju. Wszystko działo się tak błyskawicznie, że zauważyłam tylko jak Klaus łapie miniaturowy, drewniany kołek trzy centymetry przed swoją twarzą. Wszyscy byliśmy w szoku. Ja, ponieważ Jer strzelił do Klausa, Jer, ponieważ Klaus to złapał i Klaus... że Jer do niego strzelił. Pierwotny, z widocznie kończącym się limitem cierpliwości dla mojego brata na twarzy, błyskawicznie znalazł się za Nim i chwycił jego głowę, tak, by móc jednym ruchem skręcić mu kark.
- Jeremy, nie! Klaus zostaw go!
Podeszłam, bliżej, ale Mikaelson powstrzymał mnie swoim spojrzeniem.
- Lubisz się bawić bronią? To nie są zabawki dla małych chłopców. Jeszcze komuś mogła się stać krzywda...
- Na to liczyłem- warknął, próbując się wyswobodzić z morderczego uścisku.
- Nie, zła odpowiedź- blondyn niespodziewanie wbił kołek Jeremu w prawą dłoń.
Jeremy krzyknął ,a ja odruchowo razem z Nim, zawrzało we mnie. Nie zważając na Klausa wyrwałam Jeremiego.
- Jesteś pojebany!- Musiałam przekląć.- Jer, nic Ci nie jest?
Na środku dłoni miał dziurę, z której obficie leciała krew. Zacisnęłam mu palce danej ręki i przyłożyłam serwetkę, by krew nie kapała na ziemię.
- Boli jak cholera, ale dam radę- skrzywił się.
- Idź do łazienki, tam jest apteczka, przemyj, zaklej, zabandażuj, a potem idź do swojego pokoju, poradzę sobie. Proszę Cię.
O dziwo wykonał moje polecenie. Zostaliśmy sami.
- Mów.
- Po tym jak mnie nazwałaś „pojebanym”?
- Zasłużyłeś! Mów, co takiego mi powiedziałeś w swoim marmurowym pałacu?
- Chyba nie sądzisz, że Ci powiem... za to... zbrodnię popełnisz za kilka dni. Dam Ci znać kiedy. Będziesz wiedziała... Nastąpiły małe komplikacje, więc muszę to rozłożyć w czasie... Rozumiemy się? Powtórz.
- Zbrodnię popełnię za kilka dni. Dasz mi znać kiedy. Będę wiedziała... Nastąpiły małe komplikacje, więc musisz to rozłożyć w czasie... Rozumiemy się.
Klaus uśmiechnął się do mnie z satysfakcją. Rozkazy były jasne i przejrzyste, zabić za kilka dni.
- A teraz zapomnisz, że o tym rozmawialiśmy.
- Dobrze...
Otrząsnęłam się z transu. Ta świnia znowu mnie zahipnotyzowała!
- Znowu?! Ty psychopato...- popchnęłam go z całej siły, ale co ja mogę? Nawet się nie ruszył. Za to złapał mnie za nadgarstki i ścisnął je mocno. Wrażenie było takie, jakbym je wsadziła w imadło...
- Aua... puść mnie- im mocniej się szarpałam tym mocniej on naciskał, aż nogi się pode mną ugięły.
- Trochę szacunku dla starszych, kochanie...
Nagle Klaus poleciał na ścianę, plecami strącając obrazek. Byłam w szoku, nie wiedziałam co się dzieje. Kiedy się jednak rozejrzałam zobaczyłam Damona. Całego mokrego, gniewnym wzrokiem obserwującym Pierwotnego.
- Niespodzianka, skurwysynie- warknął Damon.
- Proszę, proszę, Damon Salvatore, znów się spotykamy... Impulsywny jak zwykle- Klaus uśmiechnął się tajemniczo. Damon stanął przede mną, w mojej obronie i chociaż byłam przerażona, zdążyłam wyczuć dym papierosowy od Damona. Od kiedy On palił?
- Czego Ty od niej chcesz?
- To nie twoja sprawa, Damonie... chociaż, może troszeczkę jest...
Usłyszałam jak Jeremy schodzi po schodach. Klaus skorzystał z okazji, że ja i Damon się odwróciliśmy i wybiegł w tempie natychmiastowym. Odetchnęłam z ulgą. To był już koniec na dzisiaj... Koniec tego popapranego dnia...
- Dzięki za smsa, młody...
- Wszystko okey z ręką?- spytałam i delikatnie ją ujęłam. Dalej była owinięta w serwetkę, pewnie od razu napisał do Damona...
- Tak, wszystko dobrze...
Westchnęłam i spojrzałam na bruneta, a On na mnie.
- Wszystko w porządku?
- Ostatnio coraz częściej ludzie się mnie o to pytają...
- I co im odpowiadasz?
- Że wszystko będzie dobrze...
- A będzie?- spytał cicho, dotykając mojego policzka.
- Zapytaj mnie o to jutro- odpowiedziałam i wykrzywiłam lekko z wysiłkiem usta w smutnym uśmiechu.
Damon wyglądał, jakby mój widok był jednym z najbardziej żałosnych widoków na świecie.
- Choć tu- przytulił mnie do siebie i pocałował we włosy. Znalazłam w jego ramionach to, czego szukałam przez cały dzień; miłość, spokój, pocieszenie, ciszę, bezpieczeństwo.
- Muszę się wykąpać, potrzebuję relaksu...
- Nie wątpię, pójdę Ci ją przygotować... choć, mały Gilbert, zajmę się od razu twoją dłonią.
Jer podążył za Damonem po schodach.
- Stary, wiesz, że ja nie nazywam się Gilbert?
- A co za różnica? Mieszkasz w domu Gilbertów, to jesteś Gilbert. Koniec, kropka.
Uśmiechnęłam się pod nosem i wzięłam się za sprzątanie.

- El, wanna gotowa... Zostaw, młody się tym zajmie.
- Ale jego ręka...
- Już ma ją wyleczoną, posmarowałem ranę swoją krwią... chodź, czas, żebyś zapomniała o całym świecie.
Wziął mnie za rękę i poprowadził aż pod samą łazienkę.
- Jakby co to wołaj.
Kiwnęłam głową.
- Damon... Dziękuję.
- Nie ma za co...
- Nie tylko za kąpiel, albo dzisiaj...ale za wszystko, nie wiem co bym zrobiła, gdyby Cię przy mnie nie było...
Uśmiechnął się łagodnie i zniknął na dole.
Zmyłam makijaż, potem się rozebrałam i weszłam do gorącej wody z pianą, pachnącą lasem iglastym. Mój wampir zadbał też o nastrój, na szafce stały trzy świeczki. Wyłączyłam, więc światło jak tylko weszłam do łazienki. Oparłam głowę o krawędź wanny i wzięłam głęboki wdech. Następnie wypuściłam całe powietrze z płuc. Na tą chwilę czekałam ze sto lat, jak nie więcej. Cisza, spokój i pustka w głowie, o tak...

Leżałam tak może dwadzieścia minut i tyle mi wystarczało. Już miałam pełną baterię.
- Damon- nie musiałam krzyczeć, wystarczyło, że powiedziałam to tak jakby był zaraz obok mnie. Drzwi się otworzyły.
- Potrzebujesz czegoś?
- Ciebie... Usiądź obok mnie, porozmawiaj ze mną...
Zamknął za sobą drzwi i podstawił sobie taboret koło wanny, by na nim usiąść.
- Zacząłeś palić?- spytałam prosto w mostu, ale spokojnym tonem, po co miałam się denerwować przez coś takiego.
- Musiałem się wyluzować po tym dniu... Potrzebowałem tego...
- Dobrze, rozumiem- przerwałam mu i przyłożyłam mokrą dłoń do jego policzka.
- Serio?
- Serio, serio- uśmiechnęłam się delikatnie.- Rozumiem Cię... Ja odreagowuję kąpielą, mniej szkodzi zdrowiu, aczkolwiek tobie rak płuc nie grozi.
- Myślałem, że będziesz na mnie zła...- powoli splótł nasze palce.
- Nie jestem, nie miej mnie za takiego tyrana...
- Jesteś moim jedynym, ukochanym tyranem- pocałował mnie w policzek, a potem krótko w usta. Oparliśmy się o siebie czołami.
- Zaraz usnę w tej wannie, ale jest mi za dobrze, żeby stąd wychodzić... Muszę częściej się relaksować, a ty razem ze mną... Obejrzyjmy jutro jakiś stary film? Z wielką miską popcornu, wtuleni w siebie, a potem ja zasnę, zaniesiesz mnie do łóżka i położysz się obok mnie. Co ty na to?
- To będzie nasza druga randka?
- Na to wygląda, nabieramy rozpędu... Podasz mi szampon? Jest w tej szafce na drugiej półce... Dziękuję...
- Umyję Ci włosy, dobrze?
- Mhm- mruknęłam i zamknęłam oczy.
Masaż głowy sprawił, że odnalazłam wewnętrzny spokój i dostarczył mi dużo przyjemności. Od kiedy tylko pamiętam miałam bardzo czułe cebulki włosów. Uwielbiałam, kiedy ktoś się bawił moimi włosami, a gdy tym kimś był Damon, to wręcz się rozpływałam.
Później umyłam się z drobną pomocą wampira i nadszedł czas, żeby wyjść i iść już spać. Kiedy wstałam, poczułam, że mimo wszystko się rumienię, że nie miało znaczenia to, czy już mnie widział nagą, czy nie, po prostu tak na niego reaguję i nigdy nie będę inaczej.
- Lubię na Ciebie patrzeć- wyznał mi, obejmując mnie od tyłu, kiedy ja szorowałam zęby. Niestety przez pianę nic nie mogłam powiedzieć, ale gdy już skończyłam mogłam odpowiedzieć.
- Mam nadzieję, że Ci się nie znudzę...
- Nigdy- wyszeptał mi do ucha, a ja poczułam, że się unoszę... w sensie przenośnym, oczywiście.
Powiedział „nigdy”... Powiedział, że n i g d y mu się nie znudzę... Powiedział to.
- I nie będzie żadnej innej kobiety?- spojrzałam mu prosto w oczy. Nie mógł mnie teraz okłamać, zauważyłabym to w jego oczach.
- Nie będzie... Nigdy...- znowu to powiedział.
- Wiesz, że to „nigdy” cię zobowiązuje?- powiedziałam ostatkami sił panując nad głosem.
- To dobrze, myślę, że w końcu nadszedł czas, żebym zaczął w nasz związek wkładać takie słowa jak: „nigdy” i „zawsze”...
Odwróciłam się do niego przodem i mocno przytuliłam. Ten beznadziejny dzień kończył się najlepiej jak tylko dzień zakończyć się mógł.
Przebrałam się w piżamę i wskoczyłam do łóżka. Damon zgasił światło i położył się obok mnie przykrywając nas oboje kołdrą.
- Mówiłeś serio z tym „nigdy”?
- Serio, serio- zacytował mnie, a ja wtuliłam się w jego pierś.- Elizabeth... Jak mogłabyś mi się znudzić? Ciągle mnie zaskakujesz, nigdy nie robisz tego, czego się spodziewam... Jesteś taka dobra, niewinna, delikatna, krucha i niezwykle dojrzała jak na swój wiek...
- Jenna uważa inaczej... Jutro Ci opowiem co mówiła, dzisiaj już nie chcę myśleć o niczym nieprzyjemnym.- Miałam mu tyle do powiedzenia, o Klausie, o Elizie, o Jennie... ale to jutro, już nie dziś...
- I dobrze... "Dusza ludzka jest jak brzoskwinia, którą pewna bogini przekroiła na dwie połowy i rozrzuciła po świecie. Odtąd te dwie połówki szukają się nawzajem i czasem, ale bardzo rzadko, znajdują się. Wtedy pasują do siebie idealnie i tworzą całość. I wtedy jest miłość..."- wyszeptał cicho.
Zaniemówiłam. To co słyszałam, było takie... piękne, zbyt piękne... Czemu ja płaczę? Jeszcze Damon pomyśli, że coś jest ze mną nie tak... W ciemności trudno mi było zobaczyć wyraz jego twarzy, ale o ile dobrze widziałam miał zamknięte oczy, jakby pogrążył się w głębokim śnie. On jednak rozchylił powieki i na mnie spojrzał.
- Kocham Cię, Elizabeth.
- I ja Kocham Ciebie, Damonie- wyszeptałam. Palcem starł łzy z moich policzków, pocałował mnie w czoło i mocniej do siebie przyciągnął.


Będąc na pograniczu snu i jawy poczułam jak Damon lekko drży, jakby płakał. Zamieniliśmy się rolami, teraz to ja mu starłam łzy i schowałam go w swoich ramionach... ale nie mogę przysiąc, że to nie był sen...



Co sądzicie? Może być? Ja nawet lubię ten rozdział, akcja powoli się rozkręca :) A na przyszłość to w zakładce "Ogłoszenia" jest mała informacja ;) Postaram się systematyczniej dodawać rozdziały, ale liceum to nie przelewki ;) Dziękuję wszystkim, którzy przez... 5 miesięcy nadal mieli nadzieję i czekali. Dziękuję, kocham Was <3



13 komentarzy:

  1. Warto było czekać na taki rozdział:) Podobał mi się,zresztą jak wszystkie inne.Strasznie nie lubie tej Kim,szkoda że Damon zdradził z nią Eli,bo pewnie ona i tak się o tym dowie.Klaus na kolacji,ale chyba nie dokończył tego co chciał. Ogólnie bardzo fajnie,liczę że nowe rozdziały pojawią się szybciej i powodzenia w szkole:)
    Pozdrawiam;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaginiona sie odnalazła!!!! Juuuupppiii! xd Wspaniały rozdział kochana! Jak ja nienawidze tej calej Evans!!! I jak Damon mógl zdradzic z nią Elizabeth? Boję się, co będzie, gdy El się dowie... I co jest z Caroline??!?! Rozdział ogólnie- fenomen. K O C H A M F O R E V E R!!!! <3
    Czekam z niecierpliwością na następna notkę. Mam nadzieję, ze pojawi sie szybciej :*
    Buziaki, Emka ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej :) Rozdział jest boski :)Ale jak Damon mógł zrobić coś takiego Elizabeth ... Ok, aby ta wredna zołza dała spokój Eli, ale jednak ... kurde, a czego Klaus chce od naszej bohaterki ? Ah, już chcę nowy rozdział :)
    Karolina J :)

    ps. A jakbyś chciała to zapraszam do siebie na www.pozahranicamiwyobrazni.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. A i zapraszam do mnie na nowy rozdział.;3 mam nadzieję, że przeczytasz i skomentujesz <3
    http://love-is-a-winner-storyofdelena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. JA NIE MOGĘ UWIERZYĆ W TO CO ZROBIŁ DAMON !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Czy może ktoś łaskawie urwać łeb tej cholernej wywłoce Evans?!!!!!

    Witaj Kochana!!! Nareszcie się doczekałam nowego rozdziału...JEST GENIALNY!!!!!!!!!!!!!!
    UWIELBIAM Twoje opowiadanie i czekam na następny rozdział.
    KOCHAM !!!!!!!!!!!!
    Damonka ; )

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapraszam do mnie na nowy rozdział:)
    http://delena-i-love-you.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Warto było czekać :)
    Długi, wciągający rozdział :D Cudowny <3
    Nie mogę doczekać się na dalszy rozwój wydarzeń.
    Czy Kim coś "odwali", czy dowie się o tym co zrobił Damon? :d
    Czuję, że będzie ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nareszcie!! Co jakiś czas zaglądałam na Twojego bloga, żeby sprawdzić czy nie ma NN i dziś wreszcie się pojawiło. Rozdział jest świetny i dłuuuugi. Kocham to:*** Wiem jak to jest z brakiem weny i czasu. Przerabiam to własnie na swoim blogu... Życzę weny i czekam na NN :*
    PS. Damon i Kim....to się musi źle skończyć.

    OdpowiedzUsuń
  9. super mam nadzeję że zDamonem wszystko w porzątku nie lubie Jenny mam nadzieje żeeli utrze nosa kim

    OdpowiedzUsuń
  10. Hej! Chciałabym Ci oznajmić, że nominuję Cię do do Liebster Award! Więcej informacji: http://athens-lunatic-asylum.blogspot.com/2014/01/nominacja.html
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Zapraszam na nn po cholernie długiej nieobecności.
    Licze na twoją opinię <3

    http://love-is-a-winner-storyofdelena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Zostałaś nominowana do Liebster Award :3
    Szczegóły na: http://love-is-a-winner-storyofdelena.blogspot.com/
    Pozdrawiam :**

    OdpowiedzUsuń