czwartek, 15 grudnia 2016

32. Don't ask me to leave you. Ever.

Usłyszałam chrupot pękającej kości i otworzyłam szerzej napuchnięte oczy. Chciałam wykrzyczeć wiązankę przekleństw, ale nie potrafiłam zamknąć szczęki, jakby jakaś siła odśrodkowa nie pozwalała mi na to. Kurwa mać, moja żuchwa.
Mężczyzna wymierzył kolejny cios, tym razem w oko. Miałam wrażenie, że ciało szkliste schowało się w głąb mózgu, uciekając przed kolejnym uderzeniem. Nawet nie mogłam zasłonić się rękami, które boleśnie związane za plecami, dawały o sobie coraz bardziej znać. Wyplułam krew, zbierającą się w moich ustach, chociaż samo uformowanie śliny do splunięcia, bolało jak cholera. Usta otwarte mniej bolały, ale narażały się tym samym na kolejny prawy sierpowy. I tak źle i tak nie dobrze.
Ciężko dysząc, skupiłam się na tym, żeby nie zemdleć z bólu, to by oznaczało porażkę. Poczułam silne uderzenie w brzuch, zaraz za nim zatraciłam się w bezdechu i odruchach wymiotnych. Mieszanka wybuchowa. Już nie wiedziałam czym się krztuszę, powietrzem, krwią, czy wczorajszą sałatką?
Na chwilę nastał bezruch i cisza, to było gorsze niż katowanie. Ktoś pociągnął mnie za włosy, zmuszając do odchylenia się do tyłu.
- Jak się bawisz, Damonie?
Damonie?

Otworzyłam oczy, biorąc głębszy wdech. Kolejny i kolejny. Podniosłam się do siadu i zauważyłam, że zasnęłam w ciuchach, w których wróciłam od Damona... Właśnie, co to było? Koszulkę miałam mokrą od potu, to samo się tyczyło całej mojej skóry. Zaniepokojona, sięgnęłam po telefon, by sprawdzić, czy nikt się do mnie nie odzywał... Czy Damon się nie odzywał. Niestety nic, pusto. Przeczesałam dłonią włosy, starając się uspokoić po moim koszmarze. Był brutalny i bardzo realny... Jednak to tylko zły sen, przekonywałam się, to zły sen, napędzany wydarzeniami dnia poprzedniego. Damonowi nic nie grozi.
Zegar wskazywał siódmą, zaraz pewnie Rick zacznie mnie ścigać. Wstałam i udałam się pod prysznic, żeby spłukać z siebie koszmary. Jednak nie ważne jak mocno szorowałam skórę wciąż czułam, że jestem brudna, w każdym możliwym znaczeniu tego słowa.
Kiedy wyszłam z kabiny, poczułam, że nie dam rady zjeść śniadania, nie miałam apetytu. Dlatego chwyciłam od razu szczoteczkę i pastę by umyć zęby. Najpierw jednak oblałam twarz zimną wodą, miałam wrażenie, że głowa zaraz mi pęknie. Podniosłam wzrok na lustro, w którym nagle zobaczyłam Damona. Podskoczyłam, ale kiedy się odwróciłam nikogo za mną nie było. Położyłam dłoń na klatce piersiowej, starając się uspokoić skołatane nerwy. To tylko moja wyobraźnia... Cholerne wyrzuty sumienia.
Zeszłam na dół po tabletkę na ból głowy i raptownie się zatrzymałam na widok mężczyzny, wpatrującego się w zawartość mojej lodówki. Bez koszulki. Uniosłam obie brwi. Rozpoznawałam tę umięśnioną posturę, włosy, każdy w inną stronę...
- Rick?- spytałam powoli. Ten podskoczył, prawie wypuszczając mleko z dłoni. Odwrócił się w moją stronę z miną winowajcy, jednocześnie usilnie próbując zasłonić swój nagi tors miską z bodajże płatkami.
- El! Myślałem, że jeszcze śpisz...
- Chciałabym- przyznałam, podchodząc do Alarica. Sięgnęłam do szafki z lekami i zaczęłam przeszukiwać koszyk.
- Bezsenność?
- Nie, ból głowy...- chwyciłam jakieś pastylki na migrenę, resztę odłożyłam na miejsce.
- Może powinnaś iść do lekarza? Wiesz, tak na wszelki wypadek...
Uniosłam brwi, posyłając Rickowi podirytowane spojrzenie.
- Nie sądzę by to było konieczne- mruknęłam, sięgając po dzbanek z wodą. I tak za tydzień umrę, chciałam powiedzieć.
Usiadłam na stołku barowym obok i zapiłam gorzką jak cholera tabletkę. Rick nalał mleka do naczynia i z widocznym zażenowaniem zaczął mieszać jego zawartość. Podejrzewałam, że Jenna i Rick się do siebie zbliżyli, ale aż tak?
- Płatków?- spytał zawstydzony. Pokręciłam głową, będąc pewnie równie zbita z tropu, co on.- Więc? Jakieś koszmary?
Zmarszczyłam brwi. Nie masz pojęcia.
- Śniło mi się, że ktoś mnie torturuje, wręcz czułam ten ból, a potem torturujący nazwał mnie Damonem i się obudziłam.
Saltzman podniósł na mnie wzrok znad płatków.
- Czyli byłaś Damonem?
- Tak... Myślę, że to przez wczoraj.- Zaczęłam się bawić serwetką, na której stała miska z owocami.- Powiedział mi, że nie chce mnie więcej widzieć... nie żebym sobie nie zasłużyła.
Westchnął.
- Niech zgadnę, nazwałaś wasze dziecko potworem.
Skinęłam lekko głową.
- Tak, moje wyczucie i takt zrobiły sobie wczoraj wolne.
Położyłam płasko dłonie na blacie, miałam żal do siebie. Rick wstał i odłożył miskę do zlewu.
- Idę się ubrać do reszty...
- Jasne. Za ile wyjeżdżamy?
Alaric już wszedł na pierwszy stopień.
- Pół godziny, może być?
Przytaknęłam i spojrzałam na pudełko po płatkach śniadaniowych. Serio? Chunky Monkey? Parsknęłam pod nosem, po czym wróciłam na górę, dokończyć pakowanie.


- Widzisz, z wilkołakami jest o tyle zabawniej, że byle kto nimi nie zostanie- wypomniał mężczyźnie głos z drugiej strony łącza.- A wampirem może być każde tałatajstwo.
- I to tłumaczy twoją cenę, tak?- warknął Klaus, przechadzając się po już prawie wyremontowanej rezydencji.
- Niklaus, zależy ci na nich, a to dodatkowo podnosi ich cenę. Poza tym, to nie bezmyślne zwierzęta, tylko rozumni ludzie.
Nagle są dla ciebie rozumnymi ludźmi, zastanawiał się blondyn, trzeba było wcześniej o tym pomyśleć.
- Nie ważne, powiedziałem: trzy wilkołaki i ani dnia zwłoki, bo się pofatyguję, Joe, a wtedy już nie porozmawiamy w takiej atmosferze.
- Rozumiem i nie musisz się wściekać... Interesy z Tobą to przyjemność- dodał sztucznie. Klaus, zacisnął zęby i rozłączył się. Pieprzony pasożyt.
Pierwotny otworzył drzwi na taras i przeszedł przez nie. Obserwował jak wiatr popycha chmury na południe, to go w miarę uspokajało. Schował telefon do kieszeni zastanawiając się, dlaczego ostatnimi czasy nie dostaje żadnych dobrych wiadomości.
Dzwonek ponownie zaczął męczyć uszy wampira. Ten wzniósł oczy ku niebu, starając się nie kląć. Spojrzał na wyświetlacz i uniósł jedną brew. Artur? Może nie będzie tak źle?
- Tak?
- Niejaka Vicky Donovan, widziałem jak się szlaja z bratem Gilbert.
Klaus się uśmiechnął. Podobało mu się rozumowanie Artura.
- Wspaniale, kiedy mogę się spodziewać Vicky?
- Od wczoraj leży na łóżku w hotelu, którego namiary wysłałem wieczorem Gordonowi.
- W końcu dobre wiadomości. Okazałeś się przydatny, zapamiętam to.
- Dziękuję.
Klaus wrócił do środka i w wampirzym tempie przeszedł do sypialni, by zdjąć swój autorski obraz ze ściany. Wykręcił kolejne numery pokrętłem sejfu, który ustąpił od razu. Wziął do ręki kamień księżycowy, żeby jeszcze raz się upewnić, że ma go przy sobie. Przejechał palcem po jego gładkiej strukturze, po czym szybko go ponownie schował, odwieszając obraz na swoje miejsce.
Podszedł do barku, by nalać sobie jakiegoś mocnego alkoholu, akurat dzisiaj miał na taki ochotę.
Obserwując obraz, za którym chowała się jego skrytka, popijał brandy i myślał o Katherine, kręcącej się gdzieś w pobliżu. Podobała mu się forma ostatniej przesyłki, jednak chyba nie sądziła, że dając mu kamień księżycowy, On zapomni o kilku setkach lat poniżenia i złości. Pokręcił głową, nie może być taka głupia i naiwna. Dopił alkohol.
Schodząc po schodach, poczuł, że dostał smsa.
Ale jestem dziś rozchwytywany, zauważył z rozbawieniem, jednak kiedy przeczytał treść wiadomości, mina mu zrzedła.
Elizabeth Gilbert chyba nie rozumie zwrotu „Nie wyjeżdżaj z miasta”. Natychmiast rzucił się biegiem przez las, by udaremnić próbę ucieczki dziewczyny.
Zatrzymał się na skraju lasu i obserwował, jak szatynka wsiada do auta z drugim łowcą. A jednak zachciało ci się podążyć tropem Katriny. Błyskawicznie stanął przed maską samochodu, patrząc gniewnie na Elizabeth. Nigdzie nie jedziesz, mówiło jego spojrzenie, którym wywabił dziewczynę na zewnątrz.
- Klaus, co tu robisz?
- Udaremniam twoją próbę ucieczki- warknął podchodząc bliżej niej.- Ostrzegałem cię...
- Nigdzie nie uciekam- przerwała mu, wyraźnie rozbawiona.- Jadę na polowanie do pobliskiego Parku Narodowego w Zachodniej Wirginii.
Niklaus przypatrzył się jej nieufnie, bał się, że zostanie z niczym, ponownie. No i intrygowała go ta mała osóbka przed nim, chociaż nawet przed samym sobą miał opory się do tego przyznać. Słabość do kobiet z linii Petrovych była powszechna w tych okolicach, zauważył z rozbawieniem.
- Zresztą nie muszę ci się tłumaczyć! Masz zapewnioną moją ofiarę, ale do tego czasu mogę robić co chcę, z kim chcę i gdzie chcę. Dlatego z drogi, Klaus.
Przytrzymał jej drzwi, by nie mogła wsiąść do samochodu. El spojrzała hardo w oczy Pierwotnemu, mając ochotę mu przywalić za Damiena.
- Klaus, śpieszymy się, nie chcemy łazić po lesie w nocy. Chętnie ograniczysz ryzyko zabicia swojego doppelgängera przez niedźwiedzia, prawda?- zapytał przesłodzonym głosem Rick.
- Naturalnie- uśmiechnął się i zrobił krok w tył, puszczając drzwi.
Walczył ze sobą, żeby to powiedzieć, ale zacisnął dłonie w pięści i wyrzucił z siebie potok słów.
- W razie czego masz mój numer.
El popatrzyła na niego groźnie.
- Zważając na okoliczności jego zdobycia... wolałabym go nie mieć.
Ruszyli szybko, zostawiając blondyna za sobą.

Brunet otworzył powoli oczy, rozglądając się. Co to za dziura? Kiedy chciał się ruszyć, poczuł, że nie dość, że jest skrępowany liną nasączoną werbeną, wbijającą mu się w skórę, a może już nawet w kości, to wszystko inne również go boli. Nie był przyzwyczajony do bólu, był cholernym wampirem, na którym wszystko się szybko goiło... Jeżeli miał pod ręką krew. Tak niestety nie było w tym przypadku.
- Witaj księżniczko- prychnął mężczyzna przyczajony w ciemności. Wampir wytężył wzrok, by zobaczyć kto do niego mówi. Niestety, był zbyt osłabiony.- Och nie wysilaj się, spuściliśmy ci trochę krwi i nasączyliśmy cię werbeną.
Damon spróbował się wyrwać, ale więzy były za mocne, no i na dodatek dostrzegł, dzięki charakterystycznemu dźwiękowi, łańcuchy na swoich nogach. Uśmiechnął się lekko.
- Aż tak się mnie boicie, że postanowiliście ze mnie zrobić choinkę Bożonarodzeniową?
- Powiedzmy, że ograniczyliśmy ryzyko do minimum.
- A czemu w ogóle zawdzięczam ten zaszczyt?- prychnął, ruszając głową, w celu rozmasowania karku, wtedy jednak poczuł kolejne sznury nasączone werbeną wokół szyi.
- Och wybacz, gdzie moje maniery, nazywam się Tom.
- Podałbym ci rękę, ale...- wampir uśmiechnął się przesadnie. Tom parsknął śmiechem i zbliżył się do niego.
- Zabawny z ciebie koleżka- uklęknął przy brunecie.- Dużo słyszałem o Tobie.
- Mam nadzieję, że same złe rzeczy- syknął, starając się poluzować sznur na nadgarstkach.
- Nie marnuj siły, nie wypuścimy cię, dopóki nie dostaniemy, czego chcemy- lunołak się podniósł i sięgnął po drewniany kołek.
- A czego chcecie?- sapnął, obserwując kawałek drewna. Napastnik się uśmiechnął na myśl o dziewczynie.
- A kręci się tu taka jedna, ekskluzywny towar... Elizabeth Gilbert, mówi ci to coś?- spytał, obserwując jak twarz Damona tężeje. Wampir walcząc ze sobą, udał, że go to nie ruszyło i roześmiał się tak głośno, na ile pozwalał mu sznur z werbeną dookoła szyi.
- Wybrałeś bardzo złego gościa, Tom. Ja nie chcę widzieć jej, a Ona mnie. Pudło, kolego. Więc skończ tę szopkę- spojrzał mu prosto w oczy i usilnie próbował użyć hipnozy- i wypuść mnie.
Lunołak kiwnął głową i zaczął się przybliżać do Salvatore'a, który odetchnął z ulgą, myśląc, że udała mu się sztuczka. Niestety mężczyzna wybuchnął mu śmiechem w twarz.
- Logan ostrzegał mnie, że będziesz próbował się uwolnić. Nic z tego, kochanieńki.
- Logan?- ożywił się i zmrużył oczy.- Jesteś lunołakiem?
- Owszem- Tom uśmiechnął się sprytnie.- Więc rozumiem, że wiesz po co nam twoja dziewczyna... była dziewczyna- poprawił się, udając zamyślonego- a może powinienem powiedzieć matka twojego dziecka? Była matka... Byłego dziecka... Och, już się pogubiłem w tym wszystkim.
Damon z całej siły szarpnął linę, rozrywając ją, nie mógł się jednak wyswobodzić. Jakby niewidzialne więzy go oplatały. Nienawistnie spojrzał na przeciwnika.
- Jak się uwolnię, to będziesz błagał o śmierć! Wyrwę ci język, płuca i kręgosłup!
- Spokojnie...- popatrzył na ręce bruneta, owinięte niewidzialną, magiczną liną.- Wspominałem, że mamy po naszej stronie potężnego czarownika?
- Idź do diabła, Ona tu nie przyjdzie, nie dla mnie!
- Żebyś się nie zdziwił.
Tom przestał się opierać o kratę, chwycił linę, z której przed chwilą się wyswobodził wampir i polał ją werbeną, której wywar stał obok na ziemi. Obwiązał rękę sznurem i wymierzył, pierwszy z wielu, cios w twarz.
- I jak się bawisz, Damonie?

- Jeśli cię to uspokoi to zadzwoń do niego.
- Szybciej zadzwonię do Stefana- wyjęłam telefon i tak też zrobiłam. Nie musiałam czekać długo.
- Cześć, El.
- Hej, dzwonię, bo...- no właśnie, bo co?- chciałam wiedzieć, czy wszystko w porządku z Damonem- uleciało ze mnie całe powietrze z tym zdaniem.
- Wyszedł wczoraj i do dzisiaj nie wrócił, ale nie przejmowałbym się. Pewnie pije gdzieś po kątach.
Przeszedł mnie dreszcz.
- Jak to nie wrócił?
- El, to Damon, musi odreagować po swojemu... Grunt, że nekrologi są puste.
- Rozumiem, że ci opowiedział naszą rozmowę w skrócie- zaczęłam się bawić krawędzią bluzki, by czymś zająć ręce.
- Jeżeli zdemolowany salon i krzyk, że nie chce nikogo widzieć to skrót, to tak. Opowiedział co nieco.
Westchnęłam, czuł się tak jak ja, jeśli nie gorzej.
- Ale hej, sądziłem, że cię to nie obchodzi.
- Ta- mruknęłam na odczepne.- Jak wróci napisz mi smsa, śniło mi się, że ktoś mu zrobił krzywdę.
- Chyba nawet wiem kto- prychnął. Zacisnęłam zęby i rozłączyłam się, nie żegnając.
- Widzę, że twoje relacje z Salvatorami pozostawiają wiele do życzenia- zagadnął Rick. Przewróciłam oczami.
- Bardzo wiele- spojrzałam przez okno. Drzewa mieszały się w jeden, ciemnozielony pasek.
- Ile jeszcze?
- Mniej niż godzina- odpowiedział Rick, nie odwracając wzroku od jezdni.
Jeszcze mniej niż godzina, cudnie. Włączyłam radio, mając nadzieję, na wystarczającą dystrakcję swoich myśli.

Bonnie siadła na kanapie obok babci. Starała się być wyluzowana, ale średnio jej to wychodziło. Upiła łyk herbaty i bezmyślnie wpatrzyła się w telewizor, akurat leciał jakiś program kulinarny. Brunetka zagryzła wargę i popatrzyła ukradkowo na babcię, która była nadzwyczaj cicha. Jak mogła być taka spokojna, wiedząc co się dzieje dookoła? Pełnia była coraz bliżej, atmosfera między wszystkimi gęstniała, nawet wiatr wiał inaczej.
- No mów- powiedziała w końcu Sheila, nie patrząc na wnuczkę.- Widzę, że cię coś gryzie... I wcale nie domyśliłam się tego przez to, że usiadłaś ze mną i zaczęłaś oglądać Masterchefa.
- Po prostu... wczoraj widziałam Luke, ale on zamiast podejść, ominął mnie szerokim łukiem, jakbym zrobiła coś złego.
- Mówisz o tym młodym czarodzieju, którego „przypadkiem”- zakreśliła w powietrzu cudzysłów- spotkałaś?
- Nie rozumiem, dlaczego jesteś taka nieufna, jest bardzo miły.
- Nieufność to cecha, którą ty również nabędziesz z wiekiem i doświadczeniem. Poza tym nie wydaje ci się to podejrzane, że dwóch czarodziei przebywa w Mystic Falls, akurat kiedy jest tu Klaus. Sama mówiłaś, że Luka przerasta cie swoimi umiejętnościami. Może sprawdza jak silna jesteś? Nie pomyślałaś o tym, Bonnie?
- Nie- przyznała.
- Jesteś jedyną, młodą czarownicą po stronie Salvatorów, czego całkowicie nie akceptuję, i ...
- Jestem po stronie El, nie wampirów, ja tylko ewentualnie z nimi współpracuję- wtrąciła, prostując się.
- I- kontynuowała niezrażona- jeżeli trzeba będzie użyć jakichkolwiek czarów, jesteś jedyna, żeby tego dokonać.
Sheila odrzuciła na bok koc i usiadła naprzeciwko dziewczyny.
- A teraz powiedz, co przeczytałaś, że tak źle dzisiaj spałaś?
- Boże, babciu, ty wszystko wiesz...
- Taka moja rola, więc?
- Będziesz bardzo zła jak ci powiem.
Kobieta uniosła brew, zaintrygowana.
- Mów.
- Pamiętasz jak kiedyś mi powiedziałaś, że mam nigdy nie dotykać tej księgi obłożonej czarną skórą?
Sheila spoważniała, obserwując Bonnie. Pamiętała i była na siebie wściekła w danej chwili, że jej nie spaliła.
- Mówiłaś, że znajduje się tam czarna magia...
- Bo tak jest, Bonnie Bennett, powiedz mi, że nie czytałaś jej zawartości!
Mulatka się skurczyła pod wpływem wzroku babci.
- Byłam ciekawa, czy znajdę tam coś jak zabić Pierwotnego.
- Bonnie, mówiłam ci, żebyś się do tego nie mieszała! Klaus to nie przeciwnik dla ciebie!
- Ale wiem jak go pokonać, babciu! Tam nie ma tyko czarnej magii, znalazłam sposób na to, żeby stać się silniejszą, musisz mi tylko powiedzieć, gdzie w pobliżu jest większe skupisko mocy...
Nie zdążyła dokończyć, bo kobieta wstała, patrząc na nią srogo.
- Nie waż się nawet myśleć o pobieraniu mocy, to nie jest dobra magia, poza tym, jesteś za mało doświadczona.
- Ale jestem wystarczająco silna!- krzyknęła, wstała i światło zgasło. Drgnęła przestraszona, ale nawet nie mrugnęła.- Wszyscy mogą walczyć, tylko nade mną się trzęsiesz.
- Bo to nie jest twoja bitwa!
- Jest moja, ponieważ moja przyjaciółka jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a gdy Klaus już ją zabije, to stanie się najpotężniejszą kreaturą na ziemi i weźmie to, co chce! Podporządkuje sobie wszystkich. Tego chcesz?
- Mam tylko ciebie, Bonnie- jęknęła, zbliżając się do niej. Dziewczyna się cofnęła.- Nie takiego życia dla ciebie chciałam.
- Ale ja takie życie wybrałam, babciu, więc albo mi pomożesz i zaoszczędzisz mój czas, albo robimy to tym drugim sposobem.
- Bonnie, zatrzymaj się- krzyknęła wyciągając w jej stronę dłoń, bynajmniej nie po to, by ją uścisnąć. Ta jednak wykonała ten sam manewr, dziwiąc tym staruszkę.
- Naprawdę byłabyś w stanie rzucić na mnie czar?
- A ty na mnie?
BonBon się wyprostowała, patrząc pewnie na swoją opiekunkę, nie mając zamiaru odpuścić. Miała dosyć bycia słabą, naiwną, bezużyteczną Bonnie. To ona miała moc, by pokonać każdego.
- Więc jak? Pomożesz mi?
Sheila opuściła dłoń powoli, uznając, że nie ma co z nią walczyć, zawsze stawiała na swoim.
- Tak- westchnęła.- Pomogę ci... Idź po księgę i mapę- dodała niechętnie, patrząc jak wnuczka udobruchana wchodzi po schodach.

Logan szedł do piwnicy. Nie mógł się powstrzymać, więc zaglądnął do pokoju, w którym Valentino siedział i grał w karty z chłopakami, uśmiechając się szeroko i głośno żartując. Szarooki wykrzywił usta w coś na wzór uśmiechu i zszedł po schodach, na czwartym stopniu słysząc już krzyk wampira. Cóż za wspaniały dźwięk.
Minął dwóch strażników i przeszedł do małego pomieszczenia, w którym siedzieli Megan i Chester.
- Już wysłali film?- spytał mężczyzny, który podniósł wzrok znad telefonu.
- Właśnie kończą nagrywać i powiedz Tomowi, żeby przestał nim już tak szastać, bo nie przeżyje do przybycia Gilbert.
Logan tylko wesoło wzruszył ramionami, przerzucając swój wzrok na Meg. Ta jednak go zignorowała... i tak od wczoraj. Szatyn nie miał czasu się tym przejmować, więc wyszedł, udając się do głównego pokoju. Spojrzał jeszcze przelotnie na wiadomość od Kelly i zanim schował telefon, usłyszał jęk wampira. Uniósł brew, obserwując Toma, który właśnie ocierał zakrwawioną dłoń o twarz. Popatrzył na kamerę i się uśmiechnął szeroko.
- Więc podsumowując, jeżeli chcesz jeszcze zobaczyć swojego cukiereczka, to radzę się pośpieszyć, masz pięć godzin, by się tu zjawić.- Popatrzył na Damona i oblizał wargi.- Chociaż, mi to by było nie na rękę. Dawno nie miałem takiego przystojniaka obok, zrobiłbym z niego dobry użytek.
Logan przewrócił oczami. Szanował to, że Tom jest gejem, ale jego ciągoty do Salvatore'a były dla niego obrzydliwe. Widział, że powoli film dobiega końca, dlatego ruszył tyłek i pojawił się w kadrze.
- Cześć, El. Jak widać szlag mnie nie trafił, chociaż bardzo się starałaś...- odłączył kamerę od statywu i zabawił się w operatora, przybliżając twarz Damona, który cały zakrwawiony i poharatany oparł głowę o klatkę piersiową.- Masz pięć godzin, by wrócić z łona natury i przyjść tutaj... Powiedziałeś gdzie?- zwrócił się do Toma, ten pokręcił głową.- No to chyba masz mały problem, prawda? Radzę się śpieszyć, bo to, co teraz masz przed oczami, będzie twoim ostatnim wspomnieniem o Damonie Salvatore.- Odwrócił obiektyw w swoją stronę- No i naturalnie ani słowa Klausowi, bo skończy się to natychmiastową śmiercią... cukiereczka- parsknął. - Masz być sama. A! I jeśli ci już na nim nie zależy to po prostu przeczekaj ten czas, potem przyjdzie kolej na rodzinkę. Tik-tak, Seattle.

- Służba Leśna Stanów Zjednoczonych, serio?- spytałam patrząc na identyfikator.- I w ogóle skąd masz moje zdjęcie z dowodu? Nie przypominam sobie, żebym ci je dawała.
- Musisz się jeszcze dużo nauczyć- zauważył Rick, który wyjął ze schowka pudełko, było w nim mnóstwo fałszywych identyfikatorów. Aż mi szczęka opadła.
- FBI i policja Stanowa?
- Nawet nie masz pojęcia- uśmiechnął się i wyskoczył z auta. Zrobiłam to samo, chowając legitymację do kieszeni. Weszliśmy do drewnianej chaty, leżącej na początku trzech szlaków, jak mówiła tabliczka. Mapy, makiety, plansze z wykresami, więcej plansz, więcej makiet, sprzęt do wędrówek o nieprzyzwoitej cenie i pośrodku tego wąsaty, stary skaut. Poszłam w ślady Ricka i zgodnie z umową nic nie mówiłam.
- Witam, w czym mogę pomóc?- wyrecytował staruszek. Saltzman sięgnął do kieszeni, zrobiłam to samo, pokazując dokument.
- Służba Leśna Stanów Zjednoczonych, podobno zaginęła grupka chłopaków u was.
Mężczyzna przyjrzał nam się badawczo, po czym wyszedł zza lady.
- Nie wyglądacie jak ci ze Służby.
- Już za zimno na szorty- mruknął Rick. Stłumiłam śmiech.
- Zabawne...- zmrużył oczy.- Zapewniam was, że siostra jednego z chłopaków po prostu panikuje, bo nie dostała wiadomości, jak co dzień. Tylko ona zapomina, że to las, góry, a drzewa to nie źródła sieci.
Pokiwałam głową, zostawiając Ricka, a ja za ten czas zaczęłam się rozglądać po chatce. Zatrzymałam się przy mapie, obserwując jak biegły szlaki. Podobno poszli tym prowadzącym na północ, zaczęłam wodzić palcem za szlakiem. Jednak według Jane, siostry, która zaczęła drążyć temat, sygnał urwał się bardziej na zachód. Wyciągnęłam kartkę ze współrzędnymi. Spojrzałam na skalę mapy. Dziwne, po co mieliby schodzić ze szlaku?
Poczułam, że Rick do mnie podchodzi.
- I co?- spytałam, nie odrywając wzroku od kalkulatora.
- Leniwe próchno- stwierdził z obrzydzeniem.- Powie wszystko, żeby nie musieć ruszać tyłka z tej chaty.
- Wygląda na takiego...
- A ty masz coś?
- Mhm- mruknęłam, kończąc liczyć odległość rzeczywistą. Pokazałam mu wynik.- Proszę bardzo, półtora kilometra od szlaku, wydaje się mało, ale według mnie wystarczająco.
- Też tak sądzę. Porozglądamy się tu jeszcze trochę, może coś znajdziemy.

Od razu usiadłam do laptopa i trafiłam na wykaz najniebezpieczniejszych Parków Narodowych w Stanach. Monongahela wcale nie była tak wysoko, wręcz powiedziałabym przeciętnie. Niedźwiedzie gromadziły się tylko w jednym miejscu na samym skraju północnej części, gdzie żadne szlaki nie przecinały tego terytorium. Najechałam na nazwę i zdziwiłam się, że jest interaktywna. Kliknęłam i moim oczom ukazał się wykres zaginięć i stwierdzonych zgonów. Zaginięć było o wiele więcej, równo co najpierw pięć, potem cztery lata. Były tak niewiarygodnie wyliczone, że aż zawołałam Ricka.
- Patrz na to. Chyba mamy stałego bywalca.
Saltzman podszedł, zaglądając mi przez ramię.
- Co to jest?
- Diagram zaginionych i zgonów w Monongaheli. Popatrz na daty, jak od linijki, co pięć lat, co cztery, po cztery, pięć ofiary, wahadłowo, ale ten rok bije je na głowy. Siedem osób, z czego nie liczymy trzech świeżych chłopaków.
- Jeżeli to faktycznie sprawka potwora, to ktoś nam się tutaj rozhulał.
- I to nieźle... Więc? Wybieramy się na wycieczkę?
- Na to wygląda.
Już mieliśmy wychodzić z pokoju motelowego, kiedy przyszedł mi sms.
- Ugh, może to Stefan, ktoś tu długo zabalował.
Jednak to był plik wysłany przez Damona. Zmarszczyłam brwi, co to mogło być? Nawet miniaturka pliku się nie chciała załadować, więc nie zwlekając kliknęłam.
- Damon wrócił?- spytał Rick. Pokręciłam głową. Film? Wcisnęłam guzik "Play" i to co zobaczyłam mnie przerosło.
Patrzyłam jak mężczyzna z opuszczoną głową majaczy. Był strasznie poharatany, pobity i zakrwawiony. Prawie nie mogłam dostrzec jego linii szczęki.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to ofiara Damona, tylko nie rozumiałam, dlaczego mi pokazywał jak zabija. Mój zmysł łowcy zapragnął sprawiedliwości.
Zaraz jednak usłyszałam obcy, męski głos.
- Popatrz na mnie, cukiereczku.
- Pierdol się- warknęła postać, nie podnosząc głowy. Moje serce stanęło, znałam ten głos.
Nagle ktoś chwycił bruneta za włosy i zmusił go do spojrzenia na mnie. Te niebieskie oczy poznałabym wszędzie. Zakryłam usta dłonią, czując jak zaczynam się trząść, nie...
- O tak, pokaż swojej byłej całą twarzyczkę...
- Elizabeth, co to jest?- spytał Saltzman.
Nie potrafiłam mu odpowiedzieć, tylko patrzyłam jak kamera jest stawiana na czymś, bo obraz się ustabilizował. Cały kadr zajęła twarz nieznajomego mi mężczyzny. Był bardzo uśmiechnięty.
- Cześć, jestem Tom, a to był Damon, tak tylko mówię jakbyś przez tą zaschniętą krew go nie rozpoznała.
Odsunął się, bym zobaczyła mojego wampira przykutego i przywiązanego do krzesła, całego we krwi.
- Jezu- usłyszałam za plecami. Oparłam się o Ricka, nie mogąc znieść tego widoku. Starałam się trzymać, ale widzenie go w takim stanie, obudziło moje najgłębiej skrywane emocje. Wbrew mojej woli, łzy gromadziły się pod powiekami, kiedy Tom zaczął bić Damona.
- El, zostaw mnie- sapnął w przerwie między ciosami.
- Nie!- krzyknęłam, jakby to coś miało zmienić, jakby był w stanie mnie usłyszeć. Salvatore już nawet się nie bronił, tylko widziałam, że starał się nie okazywać, jak bardzo go to wszystko boli. To właśnie widziałam, jak jest bity, torturowany. Nagle mężczyzna pokazał mi nóż, na którego całej długości były rozciągnięte małe haczyki.
- El, nie patrz teraz- usłyszałam szept Ricka, ale ja musiałam, musiałam wiedzieć co mu zrobili. Tom szybko dźgnął Damona, który zacisnął zęby wyrywając się. Jednak najgorsze było wyciąganie noża. Powolne tortury, widziałam jak razem z narzędziem wychodzą kawałki mięsa, skóry. Wampir krzyknął głośno, krztusząc się krwią. Nie mogłam powstrzymać szlochu, nie, błagam, zostawcie go!
- Wystarczy tych pieszczot, może chcesz się napić?
Chwycił butelkę i już wiedziałam, że to werbena. Nie...
Wlał mu trochę zawartości naczynia do buzi, słyszałam jak jego skóra skwierczy, buntuje się. Proszę, wystarczy!
Tom odrzucił butelkę oraz nóż na bok i ponownie się do mnie odwrócił. Powycierał twarz ręką umorusaną z krwi, brudząc przy tym czoło oraz usta. Uśmiechnął się szeroko i wtedy odezwał się we mnie zabójca.
- Więc, podsumowując, jeżeli chcesz jeszcze zobaczyć swojego cukiereczka, to radzę się pośpieszyć, masz pięć godzin, by się tu zjawić.- Popatrzył na Damona i oblizał wargi.- Chociaż, mi to by było nie na rękę. Dawno nie miałem takiego przystojniaka obok, zrobiłbym z niego dobry użytek.
Zachciałam zwrócić wszystko, co jadłam dzisiaj. Jednak coś mi nie pasowało, nie znałam tego człowieka, lecz w tym momencie zobaczyłam Logana.
- Nie- powiedzieliśmy równo z Rickiem.
- Cześć, El. Jak widać szlag mnie nie trafił, chociaż bardzo się starałaś...- wziął kamerę do ręki i zrobił zbliżenie na twarz Damona. Mojego biednego, cierpiącego Damona.- Masz pięć godzin, by wrócić z łona natury i przyjść tutaj... Powiedziałeś gdzie?- zwrócił się do kogoś i nastąpiła chwila ciszy.- No to chyba masz mały problem, prawda? Radzę się śpieszyć, bo to, co teraz masz przed oczami, to będzie twoje ostatnie wspomnienie o Damonie Salvatore.- Odwrócił obiektyw w swoją stronę- No i naturalnie ani słowa Klausowi, bo skończy się to natychmiastową śmiercią... cukiereczka- parsknął.- Masz być sama. A! I jeśli ci już na nim nie zależy to po prostu przeczekaj ten czas, potem przyjdzie kolej na rodzinkę. Tik-tak, Seattle.
Film się wyłączył, pozostawiając mnie bez słów, zalaną łzami. Powycierałam je szybko, musiałam działać. Odwróciłam się do Alarica, wyciągając dłoń po kluczyki z auta. Ten popatrzył na mnie jakbym spadła z drzewa.
- Chyba cię pogięło! Jadę z tobą!
- Nie, ty zostajesz tutaj i dokańczasz sprawę, daj mi swoje kluczyki.
- El, czekaj, pomyśl...
- Nie mogę czekać! Widziałeś co mu robią, jak go torturują.
- Elizabeth!
Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do torby z bronią, myśląc intensywnie.
- To lunołaki, chcą mnie jako ofiary, by na zawsze już być w ludzkiej postaci.- Złapałam za glocka i dziesięć wymiennych magazynków do niego.- Jeżeli oni mnie zabiją, to Klaus zostanie beze mnie.
Wrzuciłam do mniejszej torby jeszcze nóż podobny, do tego którym torturowali Damona. Tym samym przebiję gardło Tomowi.
- El, czekaj, chcesz mi powiedzieć, że zadzwonisz do Klausa po pomoc?
- Tak, jemu zależy na moim życiu najbardziej, czas to wykorzystać, nie sądzisz?- Zaczęłam znowu grzebać w torbie.- Masz coś na lunołaki? Działa na nie to samo co na wilkołaki?
- Chyba tak, El...
- To granaty z tojadem?- spytałam, pokazując pojemniki wypełnione żółtym płynem z zawleczką.
- Tak, Elizabeth! Zatrzymaj się, czy wiesz co robisz? Mogę z tobą jechać, albo może zadzwoń do Stefana...
- Damon tam jest, cierpi, Bóg tylko wie ile tam jest tych lunołaków, a Stefan się żywi zwierzątkami. Najlepiej niech się nie wtrąca...
- To jego brat, nie sądzisz, że powinien wiedzieć!?
Zapięłam torbę, pozostając plecami do Ricka.
- Dowie się, kiedy już Go uratuję... Masz współrzędne kryjówki lunołaków?
- Tak, w głowie, jest w drodze na Lynchburg.
- Myślę, że trafię- odwróciłam się szybko i strzeliłam dwa razy do Ricka strzałkami, wypełnionymi substancją usypiającą.
- El...
- Przepraszam, nie mogę go stracić.
Saltzman padł na podłogę i oczy same mu się zamknęły. Szybko obszukałam jego kieszenie w poszukiwaniu kluczyków, te jednak okazały się leżeć na szafce. Chwyciłam je, torbę i wybiegłam, zamykając pokój motelowy od zewnątrz, żeby w razie przebudzenia, opóźnić Ricka. Klucz wrzuciłam do kubła na śmieci, niedaleko którego był zaparkowany samochód. Wpadłam do auta, rzucając torbę na siedzenie obok i ruszyłam z piskiem opon.

Będąc pół godziny drogi od Mystic Falls, wykręciłam numer do Klausa.
- Proszę, proszę, któż to do...
- Lunołaki mają Damona- przerwałam mu szybko- i dali mi pięć godzin na powrót, po tym czasie go zabiją. Mam tam być sama i ciebie nie zawiadamiać- powiedziałam na jednym wydechu.
Zapadła cisza.
- Halo? Jesteś tam!?
- Jestem- powiedział niebezpiecznie powoli.- Załatwię to.
- Zaraz będę na miejscu, nie rób nic beze mnie... Wiesz gdzie jest ich kryjówka?
- Owszem, miałem ich na oku kilka dni temu- uniosłam brwi.
- Chyba ci się wymknęli spod kontroli... Muszę kończyć, jadę ponad sto na godzinę, od zachodu, drogą na Lynchburg. Możesz się udać w moją stronę.
Rzuciłam telefon na siedzenie, skupiając się na jeździe i starając się nie myśleć o cierpieniu Damona.
Kiedy GPS oznajmił mi, że zostało pięć minut, by dotrzeć na miejsce, zaczęły migać za mną niebieskie i czerwone światła.
- Kurwa mać!
Zjechałam na pobocze. Wyszłam od razu z auta, chociaż wiem, że powinnam w nim zostać.
Policjant wyszedł, patrząc na mnie z rezerwą.
- Chyba się pani bardzo śpieszy na cmentarz.
- Błagam, mój chłopak trafił do szpitala, muszę go zobaczyć, bo jest w tragicznym stanie, błagam, niech mi pan podaruje, błagam!
- Proszę się uspokoić, muszę wypisać mandat, jechała pani zdecydowanie za szybko, żebym mógł to zignorować... Pani dokumenty, prawo jazdy poproszę.
- Człowieku, On tam umiera, a ty mi każesz okazać dokumenty!?- zaczęłam dreptać w miejscu. Był sam, może jeśli go powalę i wyrwę kamerę z przodu auta, to mi to ujdzie na sucho.
- Proszę się uspoko...- nie dokończył, przede mną zmaterializował się Klaus i wbił kły w szyję mundurowego. Jako łowca, już wyciągałam kołek, jako człowiek, pytałam co tak długo.
Błyskawicznie go osuszył, zmiażdżył kamerę i pchnął auto w zarośla.
Mimo całego zła, jakie mi wyrządził, cieszyłam się jak nigdy, że go widzę.
- Klaus! Dzięki Bogu!- odetchnęłam z ulgą, na co uśmiechnął się z satysfakcją.
- Chodź... Ja prowadzę, od pewnego momentu musimy iść pieszo.
Wbiegłam do pojazdu, w którym już siedział gotowy Klaus.
- Wiem, że robisz to dla swoich egoistycznych pobudek, ale dziękuję, że mi pomagasz.
- Jak sama już zauważyłaś, oboje mamy w tym jakiś interes.
Skręcił tak gwałtownie, że aż się złapałam uchwytu przy dachu.
- Mam glocka, magazynki do niego, dwa granaty z tojadem, nóż i...
- Ja zabijam, ty bierzesz Salvatore'a.
Westchnęłam z oburzeniem i już miałam zacząć oponować, ale Klaus mi przerwał.
- Albo tak, albo w ogóle.
Po kilkusekundowej walce wewnętrznej zgodziłam się na jego warunki.
Zatrzymał nagle samochód pośrodku niczego i wysiadł, zrobiłam to samo, biorąc ze sobą potrzebną broń z torby.
Tej nocy, księżyc nie oświetlał lasu, był prawie w pełni, ale jego blask był przytłumiony. Jakim cudem Logan był już człowiekiem? Zapytałam o to Klausa.
- Pewnie silne zaklęcie- wzruszył ramionami.- Wiem, że mają po swojej stronie czarownika, dlatego musimy uważać podwójnie.
Westchnęłam cicho na samą myśl, jakie tortury może zastosować czarodziej. Aż zdrętwiały mi dłonie.
- Jak daleko jesteśmy?
- Niedaleko- szepnął.
Rozejrzałam się dookoła, zauważając dom na środku polany. Wszystkie światła się paliły, ale przez to, że były zasłonięte żaluzjami, mogłam wychwycić tylko pojedyncze cienie. Zrobiłam jeszcze jeden krok, przechodząc chyba przez jakąś barierę, bo nagle uderzyła we mnie energia wszystkich lunołaków. Przez chwilę aż się zachwiałam, czując ciepło rozchodzące się po całym moim ciele. Klaus chwycił mnie za ramię, marszcząc brwi.
- Co jest?
Miejsce w którym mnie złapał zaczęło drgać, powietrze stało się gęstsze. Odetchnęłam głęboko, pamiętając czego uczył mnie Rick, grunt to mieć kontrolę.
- Wszystko dobrze, tylko dużo bodźców- zacisnęłam dłonie w pięści, dostrzegając coraz więcej szczegółów otoczenia.- Jaki plan?
- Zastań tu, ja obejdę dom, trzeba się dowiedzieć ile ich jest i gdzie przetrzymują wampira...
- W piwnicy, na filmie, który dostałam otoczenie było obskurne i ciemne.
Kiwnął głową, domyślał się pewnie jakiego rodzaju przesłanie niosło ze sobą wideo, bo nie zadawał pytań, tylko zniknął nagle. Z chaty dobiegały odgłosy rozmów i salwy śmiechu. Gdybym była tylko postronnym obserwatorem, sądziłabym, że to tylko niegroźna grupka mężczyzn, która po prostu dobrze się bawi. To wywołało we mnie jeszcze większy gniew, bo Damon tam był, cierpiał, może nawet umierał, a oni mieli czelność jeszcze dokazywać.
Klaus pojawił się obok, więc wstałam.
- Są dwa wejścia, jedno główne i jedno od piwnicy, jednak to drugie jest pozabijane deskami, pozbywając się ich, narobilibyśmy tylko hałasu. Dlatego wejdziesz za mną górnym wejściem, ale masz się trzymać z tyłu, dać mi się zająć wszystkim, zrozumiano?
Już chciałam zacząć oponować, ale Klaus mnie uciszył ruchem ręki.
- Umawialiśmy się, robimy to po mojemu, albo wcale...
- Dobra, ok- warknęłam zniecierpliwiona- po prostu chcę go stamtąd zabrać. Chodźmy.
Odbezpieczyłam pistolet i powoli podążyłam za Klausem. Serce już dawno mi tak nie waliło, wręcz zagłuszało wszystko dookoła, miałam nawet wrażenie, że zaraz mi pokiereszuje żebra. Obserwowałam plecy wampira, zastanawiając się jakim cudem jestem tu teraz z nim, powinnam tu być z kimś bardziej zaufanym, z Rickiem, nawet ze Stefanem... Może Saltzman miał rację? Nie, nie mogę teraz gdybać, muszę się skupić na celu. Na celu, którym obecnie był lunołak czający się za oknem. Siedział i obserwował uważnie otoczenie.
Klaus skinął głową w stronę werandy, samemu jednak nie idąc w jej stronę. Zrozumiałam aluzję i podeszłam jak najbliżej desek podłogi, po czym zaczęłam się czołgać, uprzednio zabezpieczając broń. Światło dobiegające z okna oświetlało większość ganku, przez co nagle moje ciało wydało mi się zdecydowanie za duże, za długie. Kiedy miałam nieoświetloną część ściany na wyciągnięcie ręki, jasna łuna padła na cały podest, wystawiając mnie jak na talerzu. Zamarłam w połowie ruchu, nie wiedząc co zrobić, cofnąć się i uciekać, czy może przylegnąć do ściany i modlić się o to, że nikt mnie nie zauważy, a rzekomego wroga zaatakować od tyłu? Wybierając drugą opcję wpadłam na ścianę i błyskawicznie się odwróciłam do niej tyłem. Klausa za mną nie było. Cudnie! Wystawił mnie, na pewno wiedział o czujnikach ruchu. Już zaczęłam układać teorię spiskową z lunołakami oraz Klausem w roli głównej, kiedy usłyszałam szczęk klucza w zamku. Odbezpieczyłam natychmiast broń i wycelowałam w istotę opuszczającą dom. Z duszą na ramieniu, całkowicie odsłonięta czekałam na intruza jak na swój wyrok. Jak mnie złapią, to już po mnie, nie ucieknę takiej ilości istot nadnaturalnych... Wtedy zobaczyłam jak mężczyzna wyłania się zza framugi i nasze spojrzenia się spotykają. Jednak w tym małym ułamku sekundy, kiedy w mój krwiobieg została wstrzyknięta ogromna dawka adrenaliny, a palec nie pociągnął jeszcze za spust, mężczyzna został pozbawiony głowy. Krew bryznęła w moją stronę, brudząc mi twarz. Powycierałam ją szybko, nie odwracając wzroku od Klausa, który w jednej dłoni trzymał głowę, a w drugiej resztę ciała za ramię. Nie nawiązując ze mną kontaktu wzrokowego, rzucił ciałem i głową na kilkadziesiąt metrów, po czym szybko mnie złapał i bezszelestnie przekroczył próg. Chwila moment, nie zatrzymała go bariera?
Postawił mnie cicho i zamknął drzwi za sobą. Oświetlony korytarz utrudniał robotę, która musiała zostać wykonana, ale mieliśmy chociaż minimalne tło, z głębi domu słyszałam rozmowy przy akompaniamencie trzeszczącego od czasu do czasu radia. Po mojej lewej stronie stało krzesło, dlatego nacisnęłam na nie, by wydało z siebie odgłos siadania. Klaus skinął głową i pokazał mi, że mam tu zostać. Ruszył bezszelestnie do pierwszego pomieszczenia po prawej, nie mogłam jednak tak stać i czekać, więc poszłam za nim. Kiedy przekroczyłam próg, właśnie kładł ciało kobiety na podłogę, a obok leżał chłopak z już przetrąconym karkiem. A niech mnie.
Usłyszałam stłumione strzały i od razu wycelowałam w źródło hałasu. Dochodził zza drzwi kolejnego pomieszczenia. Kiwnęłam na Pierwotnego, by szedł zabijać dalej, to było też moje zlecenie. Powoli podeszłam pod drzwi i poczułam dłoń na ramieniu. Zacisnęłam zęby, rzucając Klausowi wściekłe spojrzenie.
- Idź- syknęłam.- Dam radę.
Gdzieś ze środka budynku wydobył się śmiech. Wyrwałam się i zabezpieczyłam broń, by wyciągnąć nóż. W końcu blondyn zrozumiał, że nie wygra, dlatego wycofał się i wszedł w równoległe drzwi.
Odetchnęłam głęboko i spojrzałam na szparę między drzwiami, a podłogą. Mogłabym sprawdzić, czy jest tam ciemno, to by ułatwiło całą sprawę. Wyłączyłam światło przełącznikiem. Werdykt był jednogłośny- ciemno, zero jasnej łuny. Przekręciłam cicho klamkę, drżącą ręką i pchnęłam drzwi. Istotnie w pomieszczeniu było ciemno, a tyłem do mnie na kanapie siedziało dwóch mężczyzn, grających w jakąś grę na plazmowym telewizorze.
- Masz przesrane, stary- mruknął jeden, pochylając się bardziej do przodu. Idealnie. Dwoma krokami zbliżyłam się do lunołaka, opartego o kanapę, zasłoniłam mu buzię i skręciłam kark. Poczułam jak jego szyja staje się wiotka w moich rękach, ale nie mogłam ani na chwilę się zawahać.
- Co? Już się poddałeś?- spytał tamten, nie odwracając wzroku od ekranu.
Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcam.
Chwyciłam go za ramię, zakryłam usta i wsadziłam nóż prosto w serce... dwa razy, dla pewności, że gnojek zdechł.
Na telewizor prysnęła krew. Poczułam jak wypełnia mnie adrenalina, przez chwilę nawet miałam się lepiej. Widząc krew, nabrałam siły do dalszego działania. Ustawiłam autopilota, by gra dalej działała i robiła potrzebny nam hałas. Wycofałam się tymi samymi drzwiami i powoli ruszyłam korytarzem do przodu. Coraz wyraźniej słyszałam rozmowy. Nagle drzwi naprzeciwko mnie otworzyły się i wyszła z nich jakaś kobieta, jednak zanim zdążyła zrobić coś innego oprócz otworzenia szerzej oczu poderżnęłam jej gardło, zakrywając przy tym jej usta. Nie przewidziałam jednak rozbryzgu krwi w moją stronę. Całą moją twarz i dekolt pokryła czerwona ciecz, jednak to nie był mój problem. Problemem była waga dziewczyny, zaraz miała bezwładnie paść na podłogę, robiąc w cholerę hałasu. Jednak nagle obok pojawił się Klaus, pomagając mi. Odetchnęłam z ulgą, wycierając twarz rękawem.
- Dzięki- sapnęłam.- Unieszkodliwiłam dwóch w tym pokoju naprzeciwko, teraz czas na tę dużą grupkę. Chodźmy.
Klaus poszedł przodem, przy ścianie i już byliśmy blisko, kiedy nagle usłyszałam krzyk, przeszywający powietrze. Stanęłam i spojrzałam na drzwi na końcu holu, tam jest Damon. Usłyszałam kolejny krzyk, a zaraz za nim salwę śmiechu.
- Ciekawe, czy się doczeka Gilbertówny, zanim Tom go zabije...
Zacisnęłam mocniej dłoń na nożu. Klaus popatrzył na mnie i pokręcił głową.
- Spokojnie, zanim go zabije, to jeszcze go zabierze do sypialni, co jest chyba gorsze od śmierci- zaśmiał się kolejny.
Popatrzyliśmy po sobie. Dałam Pierwotnemu granat, wypełniony tojadem i odbezpieczyłam broń. Ok, zróbmy to.
Klaus odciągnął zawleczkę i wrzucił granat do pokoju. Wszystko stało się tak szybko...
Nastąpił wybuch, a zaraz po nim rozległy się krzyki. Klaus wpadł do pokoju, ja zaraz zanim, zdążył oderwać pierwszemu mężczyźnie z brzegu głowę, po czym przeleciał przez pomieszczenie, uderzając w ścianę. Wielki czarnoskóry mężczyzna stał z ręką zwróconą w stronę wampira, to było oczywiste, kim był owy koleżka. Dlatego uniosłam broń i starając się z całej siły skontrolować odrzut strzeliłam mu w głowę. Zahuczało mi w uszach, a łokcie odruchowo się zgięły. Przez chwilę słyszałam tylko pisk, byłam oszołomiona hukiem, jednak mogłam zobaczyć następstwo mojego strzału. Z głowy mężczyzny trysnęła krew, a jego pusty wzrok, to było ostatnie co zobaczyłam, zanim ktoś mnie przygwoździł do ściany.
- Nie, Valentino!- zwróciłam oczy w stronę Logana, padającego na kolana. Był cały poraniony przez granat. Przede mną wyrosła nagle czyjaś poparzona, nieznajoma twarz. Uderzyłam lunołaka rękojeścią glocka, a brzuch zaatakowałam kolanem. Dzięki temu zyskałam trochę przestrzeni i czasu, by dojść do siebie. Lunołak jednak ponownie mnie zaatakował, a za nim ruszył kolejny. Zasłoniłam ramieniem jedno ucho, wciąż celując z obu rąk.
Blokuj łokcie, El...
Strzał i padł kolejny. Zaraz jednak poczułam jak moja głowa uderza o podłogę.


- Na pewno wróci, zobaczysz...- Christine położyła dłoń na ramieniu Stefana.- Mówiłeś, że już mu się to zdarzało.
- Tym razem jest inaczej, czuję, że coś jest nie tak- wstał i podszedł do barku, by nalać sobie alkoholu Damona. Może fakt, że ktoś pije jego bourbon, sprawi, iż wróci, pomyślał Salvatore. Upił łyka i spojrzał na blondynkę. Chciałby mieć wybór, by rozegrać to w inny sposób.
Dziewczyna również się podniosła.
- Próbowałeś zadzwonić do Elizabeth?
- Tak, ale nie odbiera, to samo Damon- Stefan dolał sobie alkoholu do, już pustej, szklanki.
- Może są razem i rozmawiają, czy coś...- spuściła wzrok.
Stefan westchnął głęboko, może i Chrisy miała rację, ale to dziwne przeczucie, intuicja, nie pozwalały mu się zająć dziewczyną. Wciąż po podświadomości galopowały mu słowa El, o torturowaniu brata.
- Przepraszam, ale dzisiaj nie jestem dobrym kompanem...
- Właśnie widzę. Ciągle tylko Damon i Damon, na zmianę z twoją przyjaciółką- warknęła zniecierpliwiona.
Wampir uniósł brwi ze zdziwieniem, nigdy wcześniej Christine nie była taka bezpośrednia i zawsze była wyrozumiała...
- Wszystko okay?- spytał podejrzliwie, odkładając trunek. Dziewczyna od razu się speszyła.
- Przepraszam, po prostu... Mam zły humor. Wiem, że się martwisz, to całkowicie zrozumiałe.
Przytuliła blondyna.
- Nie powinnam była tego mówić- odsunęła się od wampira na odległość ramion.- To dobrze mieć takiego brata.
- Nie wiem, czy to samo mogę powiedzieć o nim, ale bez niego moje życie byłoby bardzo nudne...
Uśmiechnęła się lekko i podała mu szklankę, którą wcześniej odłożył.
- Może to cię uspokoi?
- Dzięki- mruknął i w momencie, w którym przełknął pierwszą porcję burbonu, jego gardło zajęło się ogniem. Natychmiast wypluł trunek, który zawierał dobrze znane mu zioło.
Blondynka z wyrachowaniem przejęła naczynie i odłożyła je na bok. W końcu mogła zagrać w otwarte karty.
- Chrisy...- zaczął Stefan, padając na kolana, krztusząc się naprzemiennie krwią i alkoholem.
- To nic osobistego, serio- wyciągnęła z kieszeni zabezpieczoną strzykawkę. Zdjęła osłonę i pozwoliła ulecieć kilku kroplom.- Masz się po prostu nie mieszać.
Wbiła igłę w szyję wampira, zostawiając go na ziemi. Wyjęła telefon i wysłała smsa, że młodszy Salvatore nie stanowi już zagrożenia.

Obudziła mnie woda wylana na moją twarz, za nią padł cios w szczękę.
- Wstawaj, suko.
- Jakie cudowne powitanie- mruknęłam, rozglądając się powoli dookoła. Jeden, dwa, cztery, sześć lunołaków, cholera, jeszcze tyle ich zostało? Próbowałam się wyswobodzić, ale moje nadgarstki były mocno skute kajdanami, to samo tyczyło się kostek. Beton był zimny i twardy, a ludzie przede mną mieli złe zamiary, wspaniale.
Kątem oka dostrzegłam ruch i zamarłam. Damon. Siedział na krześle przodem do mnie, ale jego głowa luźno zwisała, jakby bez życia. Wampir był cały zakrwawiony, poparzony, sponiewierany do granic możliwości, a dookoła było pełno wampirzej krwi, narzędzi tortur i pourywanych sznurów.
- Damon...- zaczęłam, ale zaraz dostałam cios w brzuch. Starałam się jednocześnie łapać oddech i nie oddychać, czy to było w ogóle możliwe?
- Nie „Damon”, tylko zamknij się!- usłyszałam znajomy głos. Podniosłam powoli wzrok na Logana, nie wyglądał najlepiej. Powiedziałabym nawet, że wyglądał jak przeżute, połknięte i zwrócone przez krowę źdźbło trawy. Patrzył na mnie nienawistnie, z założonymi rękami.
- Miałaś nie powiadamiać Klausa! Miałaś przyjść sama! Ty głupia dziwko!
Logan chwycił mnie za szyję i spojrzał w oczy.
- Miał cię ożywić, idiotko- prawie mi to wypluł w twarz.- Po tym, jak zabilibyśmy cię dla ofiary. A teraz co?- zaczęłam się dusić, próbowałam się wyrywać, ale był zbyt silny. Nie trafiało do mnie co mówił. Jak to wskrzesić?- Wszystko spierdoliłaś śpiewająco, Elizabeth. Brawo. Zaraz wszyscy wrócimy do swojej psiej postaci i cię rozerwiemy na strzępy, za spieprzenie nam planu!
Wziął głęboki oddech i puścił moją szyję. Zaczęłam łapczywie oddychać, krztusząc się. Nie wiedziałam, czy wierzyć Loganowi, a może chciał mnie zwrócić przeciwko Klausowi? Właśnie, gdzie On jest?
- Pamiętasz jaka była umowa? Ty wzywasz Klausa, ja zabijam Damona- uśmiechnął się chytrze. Wstrzymałam oddech, kiedy zawołał Toma. Szatyn wystąpił przed szereg z szerokim, zakrwawionym uśmiechem.
- Zabijamy?
- Tak jest- usłyszałam. Wyplułam na bok krew, która mi się nagromadziła w ustach.
- Po co w ogóle ten teatrzyk z Damonem?!- może chciałam tym pytaniem kupić trochę czasu, dopóki czegoś nie wymyślę?
- Mam skłonności do dramatyzowania, poza tym, popatrz! Jesteś tu, szybciej niż myślałem, a wszystko za sprawą odpowiedniej motywacji... Podobno Salvatore nie chciał cię więcej widzieć...
Przewróciłam oczami. W gazecie porannej o tym pisali, czy jak?
- … Przez chwilę nawet zwątpiłem, czy się pojawisz- kontynuował.- Ale jak widać niepotrzebnie.
Usłyszałam dźwięk ciała uderzającego o podłogę, zwróciłam się z lękiem w jego stronę i wstrzymałam oddech. Damon leżał bez ruchu na podłodze, niczym szmaciana lalka.
Wszystko się we mnie spięło i przyłożyłam Loganowi z główki.
Rzucałam się, starałam wyrywać, cokolwiek, ale kolejny cios z pięści w brzuch mnie uspokoił. Zaczęłam ponownie spazmatycznie łapać powietrze, było mi trudniej ogarnąć, co się dzieje dookoła. Skuliłam się, czekając na kolejny cios. Usłyszałam jęk i spojrzałam w kierunku źródła dźwięku. Damon odzyskał przytomność i popatrzył na mnie.
- Eli...- nie miał nawet siły dłużej utrzymać otwartych oczu. Znowu cios, tym razem w policzek. Zacisnęłam dłonie w pięści, starając się nie pokazać jak bardzo cierpię. Pomijając już fakt, że siły mnie opuszczały, bo nie miałam przy sobie wywaru, który został w aucie.
Mój sen się sprawdzał, usłyszałam chrupot kości i poczułam niewyobrażalny ból, rozchodzący się promieniście, aż paraliżujący mi język.
- Dajcie mi już zdechnąć- warknęłam, czując jak wbrew mojej woli, oczy napełniają się łzami.
- Nie- warknął Logan, zniżając się do mojego poziomu.- Zrobię ci to, co ty mi. Zegnę kolana w drugą stronę, połamię szczękę, połamię nos, a potem ewentualnie dam ci umrzeć.
- Aleś ty wyrozumiały...- sarknęłam, patrząc na Damona, który leżał w tym samym miejscu.
- Prawda? Jednak zanim to nastąpi, pozbędziemy się zbędnego balastu- popatrzył na Salvatore'a i wstał.
- Nie, proszę, zostawcie Go!- zaczęłam błagalnie. Nie miałam już siły udawać, że Damon nic dla mnie nie znaczy, aczkolwiek sam fakt, że przyszłam, mówił sam za siebie.- Zabijcie mnie, mnie! Ale nie jego!
- Tom, wiesz co robić- rozkazał, spojrzenie moje i Toma się spotkało.
- Poderżnę ci gardło, wyrwę kręgosłup, a gałki oczne wepchnę w mózg, jeżeli go tylko dotkniesz!- krzyknęłam. Byłam zdesperowana i nie miałam siły.
Tom spojrzał na mnie z politowaniem i ułożył na wznak bezwładne ciało, by wbić Damonowi w serce drewniany kołek.
- Szkoda takiego przystojniaka, żałuję, że nie mieliśmy okazji się poznać w innych okolicznościach.
- Jest hetero- warknęłam.
- Jest też wampirem- uśmiechnął się, odsłaniając zęby- one się lubią zabawić z każdym- zamachnął się. Damon spojrzał na mnie z zamiarem powiedzenia czegoś.
- Nie! Błagam! Damon, przepraszam!
Zamiast ręki opadła głowa Toma, a zaraz za nią jego ciało. Głowa potoczyła się w moją stronę, patrząc na mnie swoimi pustymi, zszokowanymi oczami. Podniosłam wzrok i oto stał przede mną Klaus, uśmiechający się lekko.
- Kto następny?

Klaus z wprawą wyrwał serce kolejnemu lunołakowi, jednocześnie ogłuszając Logana. Chciałam się odwdzięczyć tym wynaturzeniom, ale cały czas tkwiłam w kajdanach. Przez unieruchomienie byłam łatwym celem, co chciał wykorzystać nieznany mi mężczyzna. Pociągnęłam za łańcuchy, które były za krótkie, żebym wstała, niech to szlag. Docisnęłam plecy do ściany, aby mieć jak największe pole manewru rękami i przygotowałam się do powitalnego kopniaka.
Blondyn z twarzą obdartą do połowy ze skóry, schylił się, by mnie uderzyć, ale dostał z buta w brzuch. Był jednak większy ode mnie i odporniejszy na ból, niż myślałam. Złapał mnie za obie nogi i uniósł je, robiąc zamach na moje kolana. Jego pięść miała już spaść na moją rzepkę, ale zdołałam wyrwać jedną kończynę i kopnąć go w szczękę. Lunołak warknął na mnie, wymierzając mi cios w żebra, po czym usiadł na mnie, unieruchamiając do reszty.
- Szkoda, że nie mam więcej czasu dla ciebie, skarbie- syknął mi do ucha. Dreszcze mnie aż przeszły z obrzydzenia. Nagle facet stracił głowę... dosłownie. Krew trysnęła na mnie, a zaraz po niej osunęła się po mnie reszta ciała delikwenta. Kiedy zobaczyłam fragment kręgosłupa i luźno zwisającą tętnicę, miałam wrażenie, że zaraz zwrócę batonika z dzieciństwa. Zdołałam tylko wydobyć z siebie jęk pełen obrzydzenia. Zrzuciłam biodrami z siebie zwłoki, po czym zaczęłam wycierać twarz w ramię, Jezu, czy to jest ludzkie mięso?
Rozejrzałam się dookoła. To wyglądało jak najnowszy film Tarantino, krew, flaki, więcej krwi, więcej flaków. A pośród tego wszystkiego Damon, wbijający kły w zwłoki osób pozbawionych głów lub kręgosłupów. Jednak moją uwagę odwrócił Klaus, cały skąpany w krwi i przygniatający Logana do ściany za szyję.
- Za to, że chciałeś mi odebrać doppelgängera- usłyszałam. Jednym ruchem wyrwał chłopakowi serce, puszczając jego szyję, przez co zwłoki opadły bezwładnie na podłogę.
Wraz z jego śmiercią wiedziałam, że etap lunołaków w życiu moim i moich bliskich się skończył. Dwie grupy tych stworzeń chciały mnie zabić, obie poległy, cóż, może to kogoś w końcu czegoś nauczy.
Klaus właśnie się odwrócił i powoli ruszył w moją stronę.
- Gdzie byłeś?- spytałam z małym wyrzutem. Pierwotny ukląkł i chwycił metal po obu stronach mojego nadgarstka.
- Czarodziej rzucił na mnie czar, ale kiedy umarł, przestał działać, oczywiście po pewnym czasie...
Kiwnęłam głową. Klaus rozrywał moje kajdanki, a ja spojrzałam na Damona, który akurat odrzucał truchło Logana na bok, podejrzewam, że doszczętnie wysuszone. Salvatore oparł się o naprzeciwległą ścianę, ciężko oddychając. Potrzebował porządnego prysznica, kolacji i przeprosin, długich przeprosin.
Pierwotny odrzucił ostatnie żelastwo na bok i zaczął mnie dotykać.
- Gdzie z łapami?- warknęłam wykończona. Najgorzej było z tułowiem i szczęką, dlatego starałam się oddychać płytko i przez nos.
- Chcę sprawdzić twoje obrażenia...
- Ja się tym zajmę, ty przyprowadź auto- mruknął Damon. Wygrzebał z kieszeni Logana swój telefon i przykuśtykał w moją stronę.- Bo przyjechaliście nim, prawda?
Chciałam, żeby był bezpieczny, bardziej niż czegokolwiek innego. Jedźmy już do domu...
Widziałam jednak, że Klaus otwiera usta, by zacząć się przekomarzać, dlatego złapałam go za rękę, zmuszając tym samym, by na mnie spojrzał.
- Wszyscy chcemy się już stąd wynosić, im szybciej tym lepiej- po chwili wahania dodałam: W samochodzie jest butelka z wywarem z ziół, przynieś mi ją- wampir jednak ani drgnął.- Proszę- dodałam niechętnie.
Blondyn spojrzał na moją dłoń, na bruneta, po czym z wielkim bólem kiwnął głową, znikając na schodach.
Odetchnęłam trochę głębiej, zaraz tego żałując. Szlag by trafił cały ten syf.
Damon zbliżył się do mnie, zniżając się do mojego poziomu.
- Przepraszam...- zaczęłam, ale Damon pokręcił głową.
- Nie teraz, w domu. Jak się czujesz, co cię boli? To nie wygląda dobrze- dotknął delikatnie mojej szczęki. Auć, kurde. Syknęłam, odsuwając się od źródła nacisku.
- I dobrze się nie czuje. Mniejsza o mnie, potrafisz wstać?
- Tak, trochę się pożywiłem...
- To dobrze- uderzyłam go w twarz otwartą dłonią. Damon chwycił się za policzek, patrząc na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
- Za co to było?!
- Nigdy więcej nie każ mi zostawiać cię na pewną śmierć- warknęłam i oparłam się czołem o jego czoło. Czy teraz był odpowiedni moment, żeby mu powiedzieć o strachu, jakiego doświadczyłam dzisiaj? Nie, potem na spokojnie mu to powiem. Ważne, że teraz był przy mnie, bezpieczny. Pogłaskałam go po włosach, nie mogąc nasycić się jego bliskością. Poczułam jak nieznacznie się przysuwa, tak, że stykaliśmy się już nosami. Mój oddech stał się cięższy, jego zresztą też, czułam go na swoich ustach. I trwaliśmy tak, nie robiąc ostatniego kroku w swoją stronę. Cała drżałam będąc tak blisko niego, a jednocześnie tak daleko. Ostatnimi tchnieniami wolnej woli, nie dotknęłam jego warg, kiedy położył dłoń na mojej talii, lekko mnie do siebie przytulając. Rozchyliłam lekko powieki, podczas kiedy jego były zaciśnięte, tocząc chyba wewnętrzną walkę. Jego ręka to mnie dociskała do siebie, to odpuszczała. Odetchnęłam głębiej, nie wiedząc co się ze mną dzieje, zaczęło mi się kręcić w głowie.
Usłyszeliśmy kroki na schodach i odsunęliśmy się od siebie. Oparłam się o zimną ścianę, która teraz dostarczała mi powierzchnię kojącą. Odetchnęłam z ulgą, byłam już jedną nogą pod prysznicem. Łypnęłam jednym okiem na schody, ale to nie był Klaus... Co?!
Christine?
Blondynka rozejrzała się po pomieszczeniu z przerażeniem. Co Ona tu robiła do cholery?! Wypowiedziałam jej imię (a może mi się wydawało, że to zrobiłam), by spojrzała na mnie, lecz nie tego się spodziewałam zobaczyć w jej oczach. Łzy, złość, frustracja... Dlaczego?
Jak w zwolnionym tempie, zorientowałam się, że blondynka dzierży broń, wymierzoną w moją stronę. I w tej jednej sekundzie kiedy nasze oczy się spotkały usłyszałam huk wystrzałów.

Klaus otworzył plecak Gilbertówny i wyjął z niego bidon. Otworzył go i powąchał zawartość. Od razu się odsunął, z bardziej wyczulonym węchem, wiedział, że będzie czuł ten zapach jeszcze przez godzinę. Pomyślał, że dobrze by było dowiedzieć się czym faszeruje się jego doppelganger. Zaczął szukać w samochodzie jakiejś innej butelki, żeby przelać odrobinę, gdy usłyszał strzał, a zaraz po nim drugi. Wyprostował się i błyskawicznie rzucił z powrotem do domu. Na korytarzu wpadł na dziewczynę, oszołomioną i zalaną łzami. Obezwładnił ją, zdziwiony jej obecnością.
- Kim jesteś i co tutaj robisz?
- Zabij mnie, nic ci nie powiem- rozhisteryzowana i wściekła, szarpała się z Pierwotnym schodząc po schodach.
- Nie trzeba dwa razy powtarzać- warknął i zaciągnął blondynkę do piwnicy.
Na dole zastał Elizabeth klęczącą nad Damonem, trzymającą się za lewy bok.
- Co się stało?
El tylko sapnęła w odpowiedzi, starając się wyciągnąć kulę spomiędzy żeber Damona. Brunet jęknął przeciągle, kręcąc się niespokojnie.
- El? Wszystko w porządku?- dotknął jej policzka, prosząc tym samym by na niego spojrzała.
- Ty mnie o to pytasz?- spytała z niedowierzaniem, wyciągając kawałki materiału z rany.
Klaus miał za nic zdrowie i życie dwóch na trzy pozostałych w pomieszczeniu osób, dlatego po szybkości złamał nogę Chrisy i rzucił ją na ziemię, ignorując jej krzyk.
- Klaus!- wrzasnęła El w reakcji na jego postępowanie, ten jednak puścił to mimo uszu i kazał zabrać rękę z rany. - To tylko draśnięcie, wyciągnij nabój z niego, wtedy pozwolę się opatrzyć.
Mikaelson chciał zignorować jej słowa, ale był zbyt rozdrażniony, żeby jeszcze z nią się szarpać i sprzeczać. Bez litości i jakiejkolwiek empatii, wsadził palce pomiędzy kości Salvatore'a i wyciągnął kulę, odrzucając ją na bok.
- Zadowolona? A teraz zajmę się tobą. Jak mocno oberwałaś?- odsunął jej rękę, która już była cała we krwi.
- Kula tylko drasnęła- powtórzyła z uporem, nie odwracając wzroku od Damona.- Już lepiej?
- Powiedzmy... Daj mu to zobaczyć, ja zaraz nabiorę trochę siły.
El już chciała zaoponować, ale Damon jej przerwał.
- Jezu, zamknij się i chociaż raz zrób to, o co cię proszę.
Szatynka nadąsała się, ale posłusznie pozwoliła Pierwotnemu obejrzeć ranę. Klaus pokręcił trochę nosem, coś pod nim mruknął i bez ostrzeżenia rozerwał jej koszulkę w miejscu strzału.
- Ej! To było konieczne?
- Nie, ale zabawne.
Odwrócił głowę i spojrzał wrogo na blondynkę skomlącą z bólu w rogu pomieszczenia.
- A ty masz być cicho, zaraz przyjdzie twoja kolej. Jak masz na imię?
- Kelly- warknęła. El prychnęła.
- Nie prawda, nazywa się Christine...- przez chwilę się zawahała. A co jeśli to też było kłamstwem?
- Nazywam się Kelly- wysyczała, trzymając się za nogę.
Elizabeth chciała się podnieść na łokciach i powiedzieć dziewczynie co o niej myśli, ale ból w boku uniemożliwił jej ten manewr.
- Leż- upomniał ją Klaus i wsadził palec w jej ranę, by sprawdzić, czy fragmenty kuli nie zostały w środku. El krzyknęła nieprzygotowana na ból.
- Klaus!- warknął Damon, podnosząc się.- Jak nie umiesz tego zrobić delikatnie, to ja się tym zajmę.
Przysunął się bliżej dziewczyny i ramieniem, próbował odseparować ją od Pierwotnego. Ten tylko warknął i nawet nie drgnął.
- Powiedziałem, że się tym zajmę- powtórzył Damon, szczerząc kły.
- Och, na litość boską, skończcie!- krzyknęła Elizabeth, wciąż leżąc, patrząc się w sufit i zaciskając dłonie w pięści.- Ta rana postrzałowa boli jak cholera, więc byłabym bardzo wdzięczna, gdyby jeden z was po prostu zatamował krwawienie. Resztę zrobię sama w domu, bez łaski- warknęła, ocierając jedną ręką kroplę łzy ze skroni.
Klaus przewrócił oczami i błyskawicznie wsadził palce w ranę dziewczyny na tyle głęboko, żeby ból był zbyt duży dla człowieka, by go znieść. El tylko zdążyła jęknąć i zemdlała.
Salvatore warknął na Mikaelsona i wziął Elizabeth na ręce.
- Dla zasady wybierasz bardziej drastyczne środki, prawda?
- I kto to mówi?- uśmiechnął się wymownie blondyn. Odwrócił się na pięcie i podszedł do blondynki.- Ty idziesz ze mną.
I nie zważając na protesty, krzyki i groźby przerzucił ją sobie przez ramię, udając się za Damonem.
- Nic nie wiem, a nawet jeśli coś wiem, to wam nie powiem!
- To się jeszcze okaże- zapewnił ją Damon, obracając się przez ramię.-Poza tym, muszę przyznać, niezła z ciebie aktoreczka, wszyscy się daliśmy nabrać... Szczególnie Stefan. Ciekawe jak masz zamiar mu się wytłumaczyć.
Bruneta, z jednej strony, śmieszyła naiwność brata, a z drugiej było mu go najzwyczajniej szkoda.
- Cóż, ostatni raz jak go widziałam, to leżał nieruchomo na dywanie- zawołała prześmiewczo.
Damon aż przystanął na chwilę w drodze do auta, do którego prowadził aktualnie Klaus.
- Coś ty powiedziała?- spytał powoli, obserwując uśmiechniętą blondynkę.
- To co słyszałeś, wyrwałam mu...
- Nie słuchaj jej, chce cię sprowokować- przerwał jej Niklaus i wrzucił do bagażnika niczym zbędny towar. Kelly pisnęła z bólu, kiedy wampir przytrzasnął jej, już złamaną, nogę drzwiami.
- Och, wybacz, nie zauważyłem jej.
Nienawistnie spojrzała na Pierwotnego przez łzy i skuliła się na końcu przestrzeni, powoli odpływając z bólu
W tym samym czasie Damon położył na tylnym siedzeniu Elizabeth, zabezpieczył ją pasami i wyciągnął telefon. Miał nieodebrane połączenia od Stefana oraz Ricka, jednak te najpóźniejsze od brata były sprzed dwóch godzin. Wykręcił cały podenerwowany numer i czekał na odbiór.
- Możesz jechać i dzwonić- zauważył zniecierpliwiony Pierwotny, patrząc jak Damon oparty o dach jedną ręką, stoi i czeka by usłyszeć głos brata. Nic takiego się jednak nie stało.
Rozjuszony Salvatore wsiadł za kierownicę i dopiero teraz spostrzegł się, że auto należało do Alarica.
- To samochód Ricka- rzucił w przestrzeń, teoretycznie zaadresowaną do Klausa.
- Elizabeth nim przyjechała, nie zadawałem pytań.
Damon tylko mocniej zacisnął palce na kierownicy. Zdał sobie właśnie sprawę, że jest w jednym aucie z zabójcą swojego dziecka, a na domiar złego tak owy właśnie go wyrwał ze szponów śmierci. Cudnie, pomyślał zgryźliwie.
Jedyne co powstrzymywało go przed spowodowaniem śmiertelnego wypadku, to mała osóbka, leżąca metr za nim. Odetchnął głęboko, żeby nie zrobić nic głupiego i ponownie zadzwonił do brata. Z każdym kolejnym sygnałem jego serce biło coraz szybciej i szybciej, aż w końcu, sekundę zanim miała się odezwać automatyczna sekretarka, sygnał się urwał.
- Stefan?
- Damon? Na litość boską, gdzie ty jesteś? Co się z Tobą dzieje?
Starszy Salvatore wypuścił z płuc całe powietrze. Kelly kłamała.
- Och, braciszku, nie masz pojęcia jak się cieszę słysząc twój głos...
- Skoro tak mówisz, to pewnie przed chwilą prawie umarłeś, gdzie jesteś?
Uwaga Stefana była tak trafna, że Damon zdobył się na śmiech.
- Trafiłeś w sedno... A co do reszty, to zaraz będę w domu i wszystko ci opowiem. Tylko nie będę sam- spojrzał z obelgą kątem oka na Pierwotnego, który całkowicie ignorował wampira i patrzył przez okno.
- Jest z Tobą Elizabeth?
- Jest, i twoja mała blondyneczka też...
- Christine?! Wstrzyknęła mi werbenę, dosłownie przed chwilą się obudziłem... Chwila, jak to, jest z Tobą, nic już nie rozumiem...
- Wszystko ci opowiem jak przyjadę, przygotuj też apteczkę, El ma ranę postrzałową.
Stefan tylko westchnął głośno do komórki.
- Puścić was gdzieś samych! Czekam.
Damon nie czekał i od razu zadzwonił do Alarica.
Na odebranie przez niego telefonu nie musiał czekać długo.
- Damon?!
- Hej, Rick, właśnie jadę twoim samochodem do Mystic Falls, ale ciebie w nim nie ma.
W samym wydychanym powietrzu mógł usłyszeć irytację nauczyciela.
- Tak, El mnie uśpiła, zamknęła pokój od środka i ukradła mój samochód, mam ochotę ją ukatrupić.
Damon uśmiechnął się pod nosem i spojrzał za siebie na pogrążoną już we śnie dziewczynę.
- Cóż, jestem z niej dumny w pewnym sensie.
- Oczywiście, ponieważ to znaczy, że jest w stanie zrobić dla ciebie wszystko- westchnął Saltzman.
Damon zmarszczył brwi. Potrafiła zrobić wszystko i jeszcze więcej...
- No właśnie, co z tobą? Co z nią? Czemu jej nie słyszę?
- Cóż, pewna rozhisteryzowana, powiedziałbym, neuroleptyczka strzeliła do nas i o ile pierwszą kulę wziąłem na siebie, już druga ją drasnęła, ale spokojnie, wyliże się.
- To dobrze, a co z Tobą? Widziałem film z całkiem przyzwoitymi torturami.
- Fuj, nie musisz mi opowiadać o swoich fetyszach- udał obrzydzenie Damon. Odpowiedział mu krótki śmiech.
- Czyli z Tobą już wszystko w porządku. Złapię jakiś autobus i przyjadę do was najszybciej jak się da. Wszystko mi opowiesz jak przyjadę.
- Jasne, Rick, trzymaj się- już wampir chciał się rozłączyć, ale powstrzymał go głos przyjaciela.
- Hej, Damon?
- Co?
- Czy Elizabeth przyszła po ciebie sama?
Klaus cicho prychnął pod nosem, zwracając na siebie uwagę Salvatore'a.
- Nie, ten Pierwotny parszywiec też tu jest... Mniejsza, pogadamy jak przyjedziesz.
Rozłączył się i skoncentrował na tym, żeby jak najszybciej dojechać do domu.
- Ten Pierwotny parszywiec przed chwilą uratował ci dupę- syknął Mikaelson, nie odwracając wzroku od widoku za oknem.- Więc radziłbym liczyć się ze słowami, bo wszystko jeszcze może ulec zmianie.
- Na przykład to, że masz doppelgängera- jęknęła z tylnej kanapy Elizabeth. Trzymała się kurczowo za bolący bok i starała nie zwymiotować, ponieważ jej głowa podskakiwała za każdym razem kiedy Damon najechał na nierówność w drodze.- Błagam, Damon, jeździj po mniej wyboistej drodze, bo zaraz zabrudzę Rickowi tapicerkę...
- Lepiej nie, przed chwilą z nim rozmawiałem. Jest zły.
- Przejdzie mu- stęknęła, siadając ociężale.- Są rzeczy ważne i ważniejsze. Kiedy będziemy w domu?
- Za około dziesięć minut... Bardzo cię boli?
Eli uniosła obie brwi i sprawdziła czy krew wciąż leci mocno z rany.
- Następny zestaw pytań poproszę.

Kiedy Jenna zobaczyła stojącą przed progiem Bonnie Bennett, uśmiechnęła się szeroko i zaprosiła ją gestem dłoni do środka.
- Hej, Bonnie, wchodź, Jeremy jest na górze, a El wyjechała z Rickiem, nie jestem pewna do kogo przyszłaś- uśmiechnęła się do kubełka lodów, z łyżką w buzi.
Bonnie tylko wzruszyła ramionami i ruszyła na górę, nie mogąc się doczekać, żeby w końcu z kimś porozmawiać, z kimś, kto również był w to wszystko zamieszany. Zapukała cicho do drzwi.
- Proszę.
Jer leżał na łóżku z książką w rękach, a w tle grała Delta Spirit. Chłopak uśmiechnął się na widok mulatki i przesunął na tyle, żeby mogła usiąść obok.
- Hej, Bonnie.
- Cześć, Jer- przytuliła się do niego mocno, pragnąc zapomnieć o całym świecie. Kiedy poczuła jak powoli oplatają ją jego ramiona, faktycznie uwierzyła, że wszystko może się zmienić na lepsze. Uniosła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
- Co cię do mnie sprowadza?- spytał, na co Bennett uśmiechnęła się delikatnie i wstała, ciągnąc brata El za rękę.
- Ubieraj się i chodź ze mną, muszę ci to pokazać.
- Co chcesz mi pokazać?- spytał, zaintrygowany. Zarzucił na siebie bluzę i wciągnął na stopy znoszone trampki.
- Chodź- kiwnęła na niego palcem i zbiegła po schodach. Poczuła przez chwilę, że nie powinna mu o niczym mówić, dla jego dobra i bezpieczeństwa. Nie potrafiła jednak zatrzymać tego dla siebie, musiała komuś się przyznać co zrobiła, dlaczego i co teraz potrafi zrobić.
- Bonnie, czekaj, co jest? Wyglądasz na zmartwioną...- Jer dogonił ją przy drzwiach wyjściowych. Wyszli na zewnątrz i chłopak skierował się za Bonnie do lasu, próbując ją jakoś zatrzymać.
- Nie martwię się, po prostu... Zrobiłam coś, za co moja babcia nie chce się do mnie odzywać...
- Bonnie, proszę, przestań mnie trzymać w niepewności. I gdzie my w ogóle idziemy?
Dziewczyna jeszcze chwilę się przedzierała przez las, po czym zatrzymała się i odwróciła przodem do Jeremiego. W gardle pojawiła jej się wielka gula, może nie tyle co na wypowiedzenie na głos, co zrobiła, tylko na wspomnienie, czego doświadczyła robiąc to. Ten ból...
- Bonnie- przywołał ją szatyn.- Przerażasz mnie.
- Słowem wstępu ci coś opowiem, dobra?
Jer skinął głową.
- W roku 1864. zapanowała histeria związana z czarami i ludźmi, którzy rzekomo i naprawdę je praktykowali. Rada poprosiła o pomoc łowców czarownic, zrobili typową łapankę, postawili przed sądem i skazali na śmierć sto czarownic oraz czarowników. Zamknęli ich w dworku, na obrzeżach Mystic, podpalili i patrzyli jak płomienie trawią wszystko, co spotkały na drodze.
Bonnie objęła się ramionami, chociaż noc była wyjątkowo ciepła.
- Sto lat później został odnowiony, ale mieszkańcy sądzili, że jest nawiedzony, słychać, jak ktoś krzyczy, błaga o pomoc, więc po raz kolejny został porzucony. Dziś jest to miejsce zgonu stu czarownic...
- Bonnie, dlaczego mi to opowiadasz?- zaniepokojony Jeremy, podszedł bliżej dziewczyny.
- Bo kiedy umiera czarownica, ziemia w miejscu zgonu pochłania jej energię, nie tylko życiową. To tak zwane skupisko mocy, z którego można ją czerpać, jeżeli wie się jak.
- Po co... Po co miałabyś ją czerpać?
- Bo znam zaklęcie jak zabić Klausa, Jer. Mogę to zrobić z pomocą tej mocy...
Jeremy przez chwilę nic nie mówił, próbował to wszystko przyswoić.
- A ty, pochłonęłaś tę moc?
- Całą- przytaknęła, prostując się. Nie wiedziała jak Jer zareaguje, dlatego przyjęła pozycję obronną, w razie, gdyby nie był zadowolony z jej poczynań.
- A... A jak dużo mocy można uzyskać od stu martwych czarownic?
Bonnie odetchnęła powoli, zamknęła oczy i uniosła ręce na wysokość swoich bioder. Jeremy poczuł silniejszy podmuch wiatru, liście leżące na ziemi, zaczęły wirować, unosić się dookoła niego. Spokojna noc, zaczęła się zmieniać w budzący grozę mrok. Księżyc zakryły burzowe chmury, napędzane siłą wiatru. Island rozejrzał się dookoła, nie potrafiąc uwierzyć w to co widzi, uśmiechnął się nawet, nie dowierzając. Rozległ się pierwszy grzmot, błysnęła błyskawica, a ten podskoczył. Spojrzał na Bonnie, skupioną, z zamkniętymi oczami, szepczącą coś pod nosem. Nie umiał pojąć ogromu magii, jaką trzymała w sobie ta filigranowa osóbka.
Znowu błysnęło, zaraz potem nastąpił grzmot, gałęzie drzew uginały się pod wpływem nieustającego wiatru. Jeremy miał wrażenie, że zaraz czarownica rozpęta huragan, dlatego dotknął lekko jej ramienia.
- Bonnie?
Dziewczyna otworzyła oczy i wszystko zaczęło ustawać, wiatr przestał wiać, chmury się gdzieś rozpierzchły na boki, odsłaniając księżyc, a po burzy nie było śladu.
Jeremy uśmiechnął się szeroko, prawie się śmiejąc. Bonnie odwzajemniła ten gest, czując, że zaakceptował stan rzeczy takim jaki jest, może nawet mu to imponowało.
- Więc odpowiadając na twoje pytanie... dużo.
Bonnie chwyciła go za rękę i powoli zaczęli wracać w kierunku domu Gilbertów.

Damon położył mnie na kanapie w salonie. Cały czas kurczowo trzymałam się za bok, jakby miało mi co najmniej dzięki temu chociaż trochę ulżyć. Czułam się osłabiona, zmęczona i cała poobijana. Marzyłam o środkach przeciwbólowych, ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku... tak! Mogłabym za to powtórnie zabić.
Damon pogłaskał mnie po włosach, uśmiechając się, chociaż uśmiech nie dochodził do jego oczu.
- Już się tobą zajmuję, zaraz przestanie boleć.
Pokiwałam resztkami sił głową i skupiłam się na tym, żeby ponownie nie zemdleć, bo w ciągu ostatniej godziny zrobiłam to chyba trzy razy. Spojrzałam w dół na ranę. Była brudna, lepiąca się i bolała jak cholera.
Usłyszałam gdzieś w zakątkach mojej świadomości głos Klausa i Stefana. Nie rozumiałam ich rozmowy, brzmiała jakby była w innym języku.
Damon powoli odciągnął moją dłoń od zranienia i kazał wyprostować kolana. Zrobiłam to wolno, bo gwałtownymi ruchami mogłam uszkodzić skrzepy, co nie zmieniało faktu, że całą swoją uwagę teraz skupiałam na bólu. Musiałam czymś zająć umysł, dlatego wsłuchałam się w głosy mężczyzn.
- Cóż, nie macie chyba za wiele do powiedzenia. Doppelgänger jest ranny, a nasza krew nie może jej uleczyć, dlatego pozostaje stara, dobra magia.
- Nic od ciebie nie chcemy- warknął Damon, nie odwracając ode mnie wzroku. Odwróciłam od niego głowę w stronę Pierwotnego. Miałam wrażenie, że przez chwilę załapaliśmy kontakt wzrokowy, jednak zaraz znowu wszystko mi się zamazało przed oczami.
- Ledwo kontaktuje ze światem rzeczywistym. Jeśli chcecie ją torturować, proszę was bardzo, ale ja mam z nią związane plany, jest mi potrzebna, dlatego radzę się grzecznie zachowywać kiedy przyjedzie tu mój czarownik.
- Mamy swoją czarownicę- syknęłam resztkami powietrza, jakie mi pozostały w płucach. Damon nagle polał moją ranę wodą utlenioną. Nie mogłam się powstrzymać i w pierwszym momencie krzyknęłam, ale zaraz zacisnęłam zęby, żeby Damon nie przerywał, chciałam mieć to już za sobą. Bolało jak oddychałam, jak nie oddychałam też, Boże!
- Cóż, Elizabeth, nie zapominajmy, że gdyby nie ja, twój kochaś by dzisiaj zginął z rąk lunołaków...
Wysiliłam swoje mięśnie oczu, żeby załapać ostrość.
- Jesteś mi to winien, Klaus...- stęknęłam. Nagle Damon przestał mnie opatrywać, a w domu zapadła cisza. Cóż, ten temat nie był jeszcze poruszany, kiedy cała nasza czwórka była w pomieszczeniu. A perspektywa, że zaraz ponownie mogę zemdleć dodawała mi odwagi.
- Nie jestem c...
- Jesteś- weszłam mu w pół słowa, zdenerwowana.- Jesteś i dobrze o tym wiesz! Gdyby nie ty, wszystko by się potoczyło inaczej!
- Elizabeth, przestań- szepnął Damon, trwając dalej w bezruchu. Jednak ja już się zdążyłam nakręcić.
- Gdyby nie twoja głupia żądza władzy, niektórzy by dalej żyli, a...
- Elizabeth, błagam, przestań!- tym razem to Damon mi przerwał. Popatrzyłam na niego i moje serce rozleciało się po raz kolejny tego dnia na małe kawałki. Ciężko oddychał, zaciskał dłonie w pięści, a jego twarz wyrażała jednocześnie złość i rozpacz. Szeroko otwarte oczy, które we mnie wlepił miały już serdecznie dosyć.
Odwróciłam od niego wzrok, przytuliłam głowę do poduszki i zacisnęłam palce na jej rogu.
- Przepraszam- szepnęłam tylko. Zamknęłam oczy starając się nie myśleć o rozmowie, która mnie z pewnością czekała.
Kiedy zaczęłam już zasypiać, ktoś wszedł do pomieszczenia. Byłam ciekawa kto to, ale równocześnie tak zmęczona i śpiąca, że pozwoliłam organizmowi odpuścić konwersację z przybyłym gościem.


- Jak się obudzi, niech do mnie zadzwoni.
- Jasne, trzymaj się.
Damon rozłączył się, upił trochę cieczy i zszedł na dół, Klaus i Jonas akurat wychodzili. Mała cząstka wampira zapragnęła podziękować im, lecz z drugiej strony pomyślał, że wszystko zaczął Klaus i mu przeszło. Blondyn się odwrócił w drzwiach i popatrzył ostatni raz na Damona.
- Jutro się tu zjawię- oznajmił i wyszedł. Naburmuszony wampir pokazał środkowy palec zamkniętym drzwiom. Stefan prychnął i podał bratu szklankę z krwią, samemu pijąc whisky.
- Dzięki.
- Damon...- zaczął młodszy Salvatore, ale starszy go powstrzymał.
- Daj spokój, skąd mogłeś wiedzieć? Nawet lepiej, oszczędziłeś kilka litrów krwi i spooro nerwów.
Dopił krew i udał się do kuchni po coś dla El. Miał nadzieję, że zastanie cokolwiek ludzkiego do jedzenia. Otworzył lodówkę, ale niestety zastał tylko światło. Damon posłał Stefanowi rozczarowane spojrzenie.
- Nie patrz tak na mnie, ja nie jem ludzkiego jedzenia.
- Jakbyś się normalnie odżywiał, nie miałbyś z tym problemu. Jedź do sklepu, kup coś do jedzenia, mamy człowieka na stanie- brunet zamknął lodówkę i wrócił do salonu. Po drodze nalał sobie alkoholu, po czym szybko czmychnął na górę do El.
Kiedy wszedł do pokoju, dziewczyna właśnie siedziała na łóżku i popijała swój wywar. Zamarła kiedy Damon przekroczył próg, może i już wiedział o ziołach, ale jeszcze się z nim nie skonfrontowała w tej sprawie.
Salvatore jednak nic nie powiedział na bidon, usiadł tylko obok, ciesząc się obecnością dziewczyny.
- Jak się czujesz?
- Dobrze, o wiele lepiej. Nie mam blizn, podejrzewam, że to sprawka czarów?
Damon prychnął, sięgając po worek krwi, leżący na szafce nocnej.
- Owszem, ale nie byłem dla nich ani trochę miły.
El się uśmiechnęła, całkowicie popierając postawę wampira. Zaraz jednak spoważniała, bezwiednie patrząc na torebkę krwi.
- Co z Christine?
- Klaus ją zabrał do siebie, tam będzie chciał z niej wyciągnąć tyle, ile się da. Wolałem nie ryzykować, wiesz, ze względu na Stefana.
- Jasne... Damon, chciałam zapytać, czy mogłabym... zostać na tą jedną noc. Gdyby było inne wyjście, to zniknęłabym ci z oczu, ale niestety nie mam gdzie iść.
Wampir tylko zmarszczył brwi, jakby się dziwił, że w ogóle poruszyła ten temat.
- Nie rozumiem dlaczego miałabyś...
- Damon... Nie udawaj- poprosiła i odrzuciła kołdrę na bok.- Mi nie trzeba dwa razy powtarzać...
Spojrzała na siebie, dotknęła włosów i rozejrzała się dookoła. Była umyta, we włosach nie miała już żadnych resztek ludzkiego mięsa, a na sobie miała tylko koszulkę Damona. Tylko.
- Co... Coś mi umknęło? Jestem wykąpana?
- Tak, sługus Klausa cię uśpił, żebyś szybciej doszła do siebie, a ja cię wykąpałem.
Dziewczynie zrobiło się ciepło na myśl, że Damon widział ją dzisiaj nagą, dotykał jej, a ona (niestety) nie była tego świadoma. Naciągnęła koszulkę bardziej na swoje uda.
- Dziękuję.
- Cóż, to ja powinienem ci podziękować. Za ratunek... I za to, że uznałaś, że jestem warty uratowania.
- Nie ma za co- szepnęła, starając się ignorować to napięcie między nimi.
Zbliżył się do niej i pocałował ją delikatnie w policzek. Elizabeth zmarszczyła brwi, nie do końca wiedząc jak odebrać tego na pozór niewinnego buziaka. Poczuła jego wargi na swoim policzku i odruchowo przymknęła powieki, starając się zatrzymać to uczucie jak najdłużej w swojej pamięci. Nie wiedziała kiedy znowu trafi się okazja by poczuć na sobie jego usta.
Damon powoli się wycofał, ale nie wyprostował. Spojrzał na jej wargi, jednocześnie oblizując swoje, potem w jej oczy, to było zdecydowanie za dużo, żeby mogła się jeszcze wycofać.
Widziała, że Damon się przybliża, prawie czuła jego oddech na swojej skórze i nie mogła się przemóc, żeby się odsunąć, odmówić mu pocałunku. Patrzyła tylko w jego oczy coraz ciężej oddychając.
- Damon...- szepnęła, mając nadzieję, że chociaż on się opamięta. Nic takiego jednak nie nastąpiło.- Musimy się opanować, nie możemy...
- Wiem- odpowiedział, nie przestając się jednak przybliżać.- Powstrzymaj mnie, więc.
El tylko z niedowierzaniem wgapiała się to w jego oczy, to w wargi, próbując sklecić chociaż jedno spójne zdanie.
- Nie umiem- wyszeptała, prawie w jego usta.
- Ja też- przytaknął i w końcu ją pocałował. Nie musiał czekać długo na odwzajemnienie gestu. Gilbert objęła go za szyję, wręcz rzucając się na niego i oddając pocałunek. Jak w gorączce, przywarli do siebie, rozkoszując się tym, że zdrowy rozsądek poszedł wynieść śmieci.
Damon wysunął lekko język, by nim musnąć jej skórę zaraz przy ustach, przechodząc tym samym na kość szczęki i szyję.
Elizabeth jęknęła głośno w przypływie rozkoszy, czując jak usta i język Salvatore'a wprawnie pieszczą jej skórę. Wplotła palce w jego włosy, ciągnąc za nie. A gdy usłyszała jego stłumiony warkot, czy może bardziej jęk. Pociągnęła za nie jeszcze mocniej, wtapiając paznokcie drugiej ręki w jego ramię.
- Powstrzymaj mnie- poprosił, przygniatając ciało dziewczyny do łóżka, swoim własnym.
- Nie potrafię- stęknęła tylko i objęła jego biodra nogami, tym samym przysuwając wampira jeszcze bliżej. Miała wrażenie, że ma on więcej niż dwie ręce, przed chwilą dłonie błądziły po jej ramionach, a teraz były już na dole, podwijając jej koszulkę, jedyne nakrycie jakie posiadała. Palcem wskazującym nakreślił drogę z połowy uda, aż po żebra, wystawiając wszystkie najintymniejsze części kobiecego ciała na widok. Wbijał w nią biodra raz za razem, symulując zbliżenie, napawając się jej bliskością, smakiem. Chwycił jedną dłonią jej oba nadgarstki i przygwoździł do poduszki ponad głową, do połowy ją unieruchamiając. El wzięła głębszy wdech, wpatrując się w jego oczy, jarzące się podnieceniem i może by teraz znalazła w sobie siłę, żeby go odtrącić, ale brunet przesunął językiem po swojej dolnej wardze, żeby zaraz ją zagryźć. Zahipnotyzowana obserwowała jego poczynania, czekając, aż sama będzie mogła zamknąć zęby na tej wardze.
Kiedy wpił się w jej usta, jakby to była ostatnia rzecz, która jest w stanie utrzymać go przy życiu, ugryzła go lekko, prowokując rozwój wydarzeń. A gdy Elizabeth usłyszała szczęk klamry od paska, sygnalizujący, że Damon w pośpiechu próbuje zdjąć spodnie, spięła mięśnie ramion, chcąc poczuć siłę, z jaką mężczyzna ją unieruchamia.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, sprawiając, że Damon odskoczył od dziewczyny najszybciej jak umiał, a Ona przykryła się jednym ruchem kołdrą. I w momencie, w którym Stefan wszedł do pomieszczenia, Damon tylko zdołał z siebie wykrztusić proste:
- Kurwa.
Przeczesał dłonią włosy i podszedł do stolika, na którym stał alkohol. Nagle uznał, że dobrym pomysłem będzie udawanie, że nic przed chwilą nie zaszło.
- Chcesz drinka, Steff?- spytał jak gdyby nigdy nic. Wziął zawartość szklanki na raz i ponownie nalał trunku. Brat tylko z uniesionymi brwiami na niego patrzył, kiwając przecząco głową.
- Nie, przywiozłem jedzenie- zmierzył wnikliwym spojrzeniem Elizabeth, która cała pobudzona leżała w nienaturalnie, sztywnej pozie w łóżku, przykryta po samą szyję.- Jeśli jesteś głodna, to chodź do kuchni, coś ci zrobię...
Zmierzył tę dwójkę wzrokiem, domyślając się czemu przeszkodził i trochę go bawiło, jak bardzo byli zakłopotani tą sytuacją.
- Zaraz zejdę- szepnęła Elizabeth, odgarniając włosy z twarzy i powoli siadając. Stefan tylko wzruszył ramionami i wyszedł.
Dziewczyna spojrzała na plecy bruneta, mając nadzieję, że popatrzy na nią po wyjściu jego brata, jednak nic takiego się nie stało. Damon złapał za papierosy z zapalniczką i udał się na balkon, nie odzywając się ani słowem.
El uniosła brwi, czując się odrobinę wykorzystana. Odetchnęła jednak tylko głęboko i wstała powoli z łóżka. Podeszła do komody i przeszukała ją, znajdując męskie spodnie z dresu. Zdawała sobie sprawę, że nie wyglądała najkorzystniej w za dużej koszulce, za dużych spodniach i niepoczesanych włosach, ale na chwilę obecną nie czuła potrzeby podobania się komukolwiek. Szczególnie, że nawet tak wyglądając potrafiła sprawić, że Damon tracił zmysły.
Opuściła pokój posyłając ostatnie spojrzenie plecom wampira.
Ten gdy usłyszał dźwięk zamykanych drzwi, spojrzał przez ramię, wypuszczając powoli dym papierosowy. Skrzywił się lekko i uniósł krawędź koszulki, żeby przyjrzeć się ranie. Póki co sprawiała wrażenie, jakby się chciała wyleczyć, ale wiedział, że to tylko złudzenie. Wziął łyka alkoholu, zastanawiając się co z tym zrobić. Póki co nie musiał nikomu mówić, rana była pod koszulką. Nikt się nie dowie, zapewnił się i po raz kolejny głęboko zaciągnął.

- Więc, Klaus, co?
El spojrzała na Stefana znad tostów.
- Nie patrz tak na mnie, Klaus jako jedyny potrafił sobie dać radę z tak dużą ilością przeciwników...
- To mój brat, El, nie sądzisz, że powinienem wiedzieć co się z nim dzieje? Szczególnie, jeżeli ktoś go porwał i torturował...
- Zignorowałeś moje przeczucia, to masz za swoje- mruknęła pod nosem.
Stefan zmrużył oczy.
- Powtórz to głośniej...- warknął.
Szatynka wstała od stołu, nie kończąc jedzenia.
- Rozumiem, popełniłam błąd, zresztą tylko to ostatnio robię, ale może lepiej, że cię nie powiadomiłam, chociażby ze względu na Christine. Ciekawe co by ci zrobiła, jakby się dowiedziała, że ze mną rozmawiałeś.
- Nie odwracaj kota ogonem i zjedz to do końca- westchnął zirytowany Stefan. El zmrużyła oczy.
- Odkąd się obudziłam, tylko tak ze mną rozmawiasz.
- Jak znowu?- przewrócił oczami, opierając się o blat kuchenny plecami.
- Jakbyś miał do mnie żal. Tylko jeszcze nie jestem pewna o co, o to, że przeze mnie zwróciłeś się przeciwko bratu, czy boli cię, przyczynienie się do śmierci małego Salvatore'a?
Stefan miał ochotę po raz pierwszy od dłuższego czasu uderzyć kobietę. Po męsku dać sobie nawzajem w ryj, może to by zapewniło spadek ciśnienia pomiędzy nimi. El odczytała jego postawę prawidłowo i skrzyżowała ręce na piersi.
- Jeżeli ma ci ulżyć, to mi przywal, ja ci oddam i w końcu pozbędziemy się tego niezdrowego napięcia.
- Nie biję kobiet- mruknął, wbijając wzrok w swoją rozmówczynię.
- Więc przestań się tak zachowywać! Spieprzyłam sprawę, rozumiem i to na wielu płaszczyznach, tak, to też rozumiem, staram się wszystko naprawić... Proszę, nie utrudniaj mi tego jeszcze bardziej. Wystarczy, że twarz Damona przypomina mi jak bardzo zjebałam mu ostatnie miesiące życia.
Usłyszała za sobą odchrząknięcie. Odwróciła się raptownie, dostrzegając Damona wkraczającego do kuchni z dwoma szklankami alkoholu.
- Nie skończyłaś kolacji.
- Uznajmy, że rozmowa skutecznie odciągnęła mnie od jedzenia... Zostawię je pod przykrywką i potem dokończę.
Damon kiwnął głową, spojrzał na Stefana i podał mu trunek. Blondyn przyjął napój z wdzięcznością, następnie wyszedł z kuchni, zostawiając El z Damonem w niezręcznej ciszy.
- Tak właśnie myślisz? Że spieprzyłaś mi życie?
- Jego fragment na pewno... Nie- przerwała stanowczo- nie dzisiaj. Obecnie mój limit na dzienne wrażenia się wyczerpał.
Chwyciła butelkę wody i opuściła pomieszczenie, prosząc w myślach by Damon dał jej spokój. Niestety wampir wiernie podążał za dziewczyną, sącząc bourbon.
Stanąwszy przy drzwiach jego sypialni, spojrzała na nie pytająco.
- Gdzie mam spać? W którym pokoju?
Damon wyglądał na zdziwionego tym pytaniem.
- Jak to gdzie? U mnie- prychnął, otwierając drzwi przed El. Ta jednak postanowiła mu się postawić i nadużyć jego gościnności.
- Wolałabym jednak spać gdzie indziej.
Spojrzała na pierwsze lepsze drzwi na korytarzu i błyskawicznie udała się w ich stronę. Otworzyła je, odkryła, że to jedna z wielu niezajętych sypialni, więc odwróciła się na pięcie, by podziwiać swój mały tryumf nad zdziwionym Salvatorem.
- Dobranoc, Damon.
Zamknęła drzwi i oparła się o nie, gratulując sobie silnej woli, jednocześnie klnąc.


- Myślałem, że po mnie nie przyjdziesz- szepnął, zdławionym głosem. Uniosłam głowę.
- Jak mogłabym nie przyjść...?
- Myślałem, że cię więcej nie zobaczę- kontynuował nie odpowiadając mi na pytanie. Zacisnęłam palce na jego koszulce, czując jak nagle zdradzieckie łzy pojawiają się w moich oczach. Ledwo przełknęłam ślinę, przez gulę w gardle. Był tak blisko, że widziałam jak jego oczy mienią się na szaro, błyskając w ciemnościach.
- Myślałem, że będziesz patrzyła na moją śmierć- ledwo skończył mówić, zaniosłam się płaczem, przylegając do niego całą powierzchnią ciała i chowając twarz w jego piersi. Pod osłoną nocy, w ciszy, wszystkie chwile grozy i wyobrażenia co mogło się stać, uderzyły we mnie podwójnie. Mógł nie być obok mnie, mógł nie żyć. Poczułam jak silne ramiona mnie przyciskają do siebie jeszcze bardziej, głaszcząc dłonią po włosach.
- Przepraszam- jęknęłam, ledwo będąc w stanie mówić.- To wszystko moja wina, gdyby nie ja...
- Nie obwiniaj się- nakazał i wtulił nos w moje włosy. Mogłabym przysiąc, że zaciągał się moim zapachem tak samo jak ja jego. A łzy nie przestawały lecieć.
Objęłam go wokół żeber, ani na chwilę nie odsuwając się od niego. Myślał, że go zostawię na pewną śmierć, myślał, że nie przyjdę!
- Przepraszam, przepraszam... za wszystko- zaczęłam spazmatycznie oddychać, drżąc w jego ramionach. Nie wiem co tak na mnie podziałało, może pora dnia, może wydarzenia minionego dnia, a może po prostu moja tama pękła w paru miejscach od nadmiaru kłamstw.- Myślałam, że chcę Go zabić, ale kiedy już miałam nóż przy brzuchu, to była ostatnia rzecz jaką chciałam zrobić. Przepraszam Cię, lepiej by było, gdybyś mnie nigdy nie poznał... Nigdy przenigdy...”

Kiedy otworzyłam oczy, dookoła wciąż było ciemno, a resztki snu jeszcze gnieździły się w mojej głowie. Poczułam pozostałości po łzach na moich policzkach, a kiedy przypomniałam sobie co mówiłam i że Damona jednak nie ma obok, zaczęłam ponownie cicho łkać w poduszkę, mając nadzieję, że nikogo nie obudzę.

- Tak, wiem, że źle zrobiłam- mruknęłam pod nosem, bawiąc się krawędzią koca.
- Daj spokój, przecież słyszę, że nie żałujesz i najpewniej zrobiłabyś to jeszcze raz, gdyby zaszła taka potrzeba...
- Racja- przytaknęłam.- Gdzie już jesteś? Chciałabym wrócić do domu.
- Trudno mi powiedzieć, jestem po prostu w drodze. A co? Towarzystwo Salvatore'ów ci nie odpowiada?- zaśmiał się. Przewróciłam oczami.
- Nie da się ukryć, bywa dosyć intensywne.
Ciężko wypuściłam powietrze z płuc. Dostrzegłam paczkę papierosów i sięgnęłam po nią z czystej ciekawości. Nigdy nie próbowałam palić i nigdy nie rozumiałam idei tej czynności, to faktycznie uspokajało, czy ludzie to sobie wmawiali?
- Właśnie... A co ze sprawą?- Odrzuciłam resztę opakowania na bok.
- Przekazuję je kumplowi. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty w Mystic Falls. Nie żebym był nadgorliwy, ale w dalszym ciągu nie wiemy jak zabić Pierwotnego.
Westchnęłam głęboko. Jakim cudem nikt nie potrafił się pogodzić z moją śmiercią, ale ja potrafiłam?
- Mhm- mruknęłam, od niechcenia obracając papierosa w palcach.- Daj mi w każdym razie znać jak będziesz w Mystic Falls.
- Jasne, do potem, El.
- Na razie.
Rzuciłam telefon obok i powróciłam do papierosa. Nie miałam żadnych komplikacji po uleczeniu przez czarodzieja, nic mnie nie bolało, to oznaczało chyba, że jestem zdrowa jak ryba.
Wsadziłam do ust niezapalonego szluga i sięgnęłam po zapalniczkę. Rozejrzałam się po salonie, ale nikogo w nim nie było, nie słyszałam też nikogo w kuchni, ani na schodach.
Zbliżyłam ogień do końca papierosa.
- I tak umrę za kilka dni- wzruszyłam ramionami i już nawet zaczęłam wciągać powietrze, by końcówka zaczęła się żarzyć, kiedy ktoś brutalnie mnie pozbawił obu rzeczy.
W szoku spojrzałam na swojego dręczyciela, którym okazał się być Damon. Oczywiście był zły, co mogłam wywnioskować po jego zaciśniętej szczęce i drgającym prawym nozdrzu- zawsze ten sam tik, nic się nie zmieniło.
- Co. Ty. Wyprawiasz?- wycedził, chowając swoje podręczne ampułki szczęścia do kieszeni jeansów.- Wczoraj konałaś w moich ramionach, a dzisiaj podbierasz mi papierosy? Co jest z tobą nie tak?!
Przewróciłam oczami i wstałam z kanapy.
- Chciałam tylko spróbować, okay? Zostało mi tylko kilka dni, żeby chociaż spróbować doświadczyć tego, na co inni mają osiemdziesiąt lat- warknęłam, kierując się ku schodom. Męczyło mnie siedzenie na tyłku.
- I co? Chcesz zaliczyć trójkąt, skoczyć z bungie i naćpać się...? Gdzie ty znowu idziesz ?
- Gdzieś- warknęłam. Nie potrzebowałam niańki, ani tym bardziej chłopaka. Dopiero co skończyłam, czy też bardziej Klaus to zrobił, mój związek. Moje myśli nagle zaczęły biec w stronę straty Damiena, dlatego potrząsnęłam mocno głową.
Wampir pojawił się na stopniu przede mną, zagradzając mi drogę.
- Miałaś wypoczywać.
- Odpocznę w grobie, a póki co, masz mnie przepuścić. Wracam do domu- próbowałam wyminąć Damona, ale ten złapał mnie mocno za ramiona, uniemożliwiając przejście.- Puść mnie.
- Nie możesz wrócić do domu, Ricka nie ma w Mystic Falls, Jenna będzie zadawała pytania.
- Więc jej powiem, że Rick mnie odstawił wcześniej, bo musiał załatwić coś ważnego, przepuść mnie.
Myślałam, że to przekonało Damona, więc naparłam na niego. Niestety, równie dobrze mogłam uderzyć w ścianę. Patrzył na mnie z góry niby ze złością, ale mogłam dostrzec w jego oczach ten charakterystyczny błysk. O nie... Od razu się wycofałam i skrzyżowałam ramiona na piersi, zbyt dobrze znałam to spojrzenie. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam po telefon do salonu. Naturalnie Damon podążył za mną.
- Czy nie możesz się po prostu grzecznie położyć do łóżka?
Prychnęłam w odpowiedzi.
- Może jeszcze z tobą?- zakpiłam i wyszukałam numer do Bonnie.- Rozmawiałeś z Bonnie?
- Nie, niby po co?
- Fakt, zapomniała, już masz gdzieś moje życie- westchnęłam od niechcenia i przyłożyłam telefon do ucha. Damon popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Wybacz, byłem zbyt zajęty usuwaniem resztek mięsa z twoich włosów, żeby dać ci do zrozumienia jak bardzo zależy mi na twoim życiu.
Przewróciłam oczami i odczekałam dwa sygnały.
- Tak, słucham?
- Bonnie, hej, co u ciebie, mam wrażenie, że dawno nie rozmawiałyśmy...
- Czy ja wiem, dwa dni temu, wszystko ok? Wywar działa? Stefan mi mówił o wczoraj...- przerwała szybko, w tle usłyszałam ruch uliczny.
- Wszystko dobrze... Przeszkadzam?- spytałam niepewnie i usiadłam na kanapie. Damon podszedł do barku i stał przy nim chwilę, wybierając alkohol, jakby od tego zależało jego życie.
- Nie, aczkolwiek... El, kiedy ostatnio widziałaś Vicky Donovan?
Zdziwiło mnie to pytanie bardziej, niż byłam w stanie to wyrazić tonem głosu. Zmarszczyłam brwi i automatycznie spojrzałam na Damona, który również zastygł, lecz nie spojrzał na mnie, tylko wpatrzył się w nieokreślony punkt i ustawiony bokiem do mnie nastawił uszy. Nie spodobała mi się jego reakcja.
- Vicky? Przed śpiączką... Czemu? Coś się stało?
Bonnie westchnęła i ponownie samochody w tle dały o sobie znać.
- Zaginęła, Matt myślał, że w najgorszym wypadku wróci rano, ale nie widział jej od dwóch dni. Miała po pracy iść do domu, ale do niego nie dotarła...
- A co na to policja?
- Jak to co? Na początku kazali czekać dwadzieścia cztery godziny, pieprzone urzędasy, a teraz sądzą, że ona po prostu wyjechała. Poza tym większość zna Vicky osobiście i wiedzą jak chciała się stąd wyrwać. Jednak Matt twierdzi, że to nie to... Coś jej się stało, El. Dlatego idziemy rozklejać plakaty...
- Pomogę wam- zaproponowałam i zerwałam się na równe nogi.- Mów gdzie jesteście, a zaraz do was dołączę.
Nagle poczułam jak Damon wyrywa mi telefon z ręki.
- Witaj, wiedźmo. Niestety nie pomożemy wam w waszej dzielnej harcerskiej wyprawie, El musi odpoczywać po wczoraj.
Wampir uśmiechnął się szeroko i włączył głośnik. Oburzona próbowałam mu odebrać telefon, jednak bezowocnie. Świetnie się bawił moim kosztem.
- Proszę, proszę, mój mniej ulubiony Salvatore- jad jaki włożyła w to zdanie, aż wylewał się ze słuchawki.
- We własnej osobie- zgodził się, powracając do swojego stolika z alkoholem. Podążyłam za nim, już nawet nie próbując odebrać mu telefonu.
- El potrafi mówić za siebie, więc daj mi ją do telefonu.
Damon tylko upił bourbon i pokręcił powoli głową, co najmniej jakby Bonnie mogła to zobaczyć.
- Mówiłem ci już, ona musi odpocząć, wczoraj prawie umarła, ona...
Wyrwałam mu błyskawicznie telefon i szybko się od niego oddaliłam.
- Jestem w tym samym pomieszczeniu. Mów, gdzie mam przyjść.
Bonnie trochę udobruchana udzieliła mi informacji, po czym rozłączyłyśmy się. Salvatore tylko stał i patrzył się na mnie.
- Nie patrz tak na mnie, sama potrafię podjąć decyzję.
Damon już już otwierał usta, żeby zacząć się przekomarzać, może wypomnieć mi jakąś nietrafioną decyzję z przeszłości, kiedy ukróciłam wszystko jednym pytaniem.
- A kiedy ty ostatni raz widziałeś Vicky?
Popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, upił trochę alkoholu i jego mina wróciła do normy, czyli nie wyrażała żadnych uczuć.
- Bo ja wiem? W Grillu pewnie, dawno. Czy to ważne?
Wycelował we mnie palcem wskazującym.
- Ważne jest to, że nigdzie nie idziesz. Mam gdzieś siostrę Matta, trzeba było jej wszczepić czipa, skoro wiedzieli, że lubi się poszlajać...
- Jak możesz być taki arogancki i, po tym wszystkim co kiedykolwiek mi zrobiłeś, jeszcze mieć czelność mówić co mam robić.
Damon zaszedł mi drogę.
- Słyszałem co mówił Rick, rekonwalescencja to rzecz święta, masz być w domu.
- Ok- uśmiechnęłam się sztucznie, wyminęłam go i udałam się na górę. Za kogo on się uważał? Zamknęłam drzwi za sobą na klucz i wrzuciłam wszystkie rzeczy do torby, w której miałam też broń. Zgarnęłam jeszcze z szafki nocnej bidon z wywarem i przekręciłam klucz. Nie spodziewałam się innego widoku, dlatego upiłam tylko łyka obrzydliwych ziół i oparłam się biodrem o framugę.
- Co ty wyprawiasz?- spytał, obrzucając spojrzeniem torbę, zwisającą mi z ramienia.
- Idę do domu, tak jak kazałeś- powiedziałam i korzystając z chwili oszołomienia, pchnęłam jego ramię. Wyminęłam Damona w drzwiach, nawet się nie oglądając. Burak.
Wampir chwycił za pasek torby, zmuszając mnie bym przystanęła, ja jednak nie miałam już humoru na kolejną szarpaninę, więc kiedy ciężar torby zmusił mnie do cofnięcia się, całym ciałem zaatakowałam bruneta. Równo z pięścią ruszyła noga i możliwe, że miałabym jakieś szanse, gdyby nie fakt, że Damon był najedzony i w miarę wypoczęty. Przygwoździł mnie do ściany, unieruchamiając wszystkie moje kończyny. Zadziornie mi się przyglądał, będąc zdecydowanie za blisko. Odetchnęłam głęboko, czując jak moje mięśnie zaczynają drgać.
- Z drogi.
- Hmm, wczoraj nie potrafiłaś utrzymać rąk przy sobie, a teraz już nie możesz znieść mojej bliskości?
Prychnęłam i odsunęłam go od siebie.
- Nie wyobrażaj sobie za wiele. Ludzie robią różne rzeczy, kiedy stoją nad swoim grobem.
Po minie Damona było widać, że nie takiego zwrotu akcji oczekiwał.
- I radzę się przyzwyczaić- spojrzałam przez ramię, zanim zeszłam ze schodów.- Teraz stoję nad mogiłą bliżej niż kiedykolwiek.


Bonnie od dziesięciu minut opowiadała o pobraniu mocy z miejsca masakry stu czarownic i nic nie zapowiadało na to, żeby jej monolog miał się zakończyć. El jednak nie miała jej tego za złe, wręcz przeciwnie, była zachwycona, że w końcu coś nie kręci się wokół niej oraz niezmiernie dumna i pod wrażaniem zdolności czarownicy.
Jednak miała problemy ze skupieniem się przez znudzonego osobnika, podążającego za nimi. Co chwilę El dostawała kulką z kartki w głowę. Na początku się odwracała i kazała Damonowi znaleźć coś pożytecznego do roboty, ale kiedy podczas wieszania plakatu z podobizną Vicky, Damon zaczął flirtować z jakąś długonogą dziunią, El skończyła z uwagami w jego stronę. W końcu dziewczyny dotarły pod wieżę zegarową.
- El, ja pójdę pod kościół i ratusz, a ty na przystanek autobusowy i Grilla. Może komuś coś się przypomniało, popytaj.
Szatynka skinęła głową i ignorując Damona, podrywającego lafiryndę, skierowała się w stronę przystanku. Wiedziała co się dzieje za jej plecami, ale nie chciała po sobie dać znać, że jest zazdrosna, to była tylko żałosna próba zwrócenia na siebie uwagi.
Z rozdrażnieniem, zaczęła ciąć taśmę klejącą, ale ze zdenerwowania, ta uciekała co chwilę, jakby nożyczki nie były wystarczająco ostre.
- Serio...?- mruknęła pod nosem, starając się nie wypuścić z rąk wszystkich plakatów.
- Potrzebujesz z tym pomocy?- usłyszała za plecami. Wyprostowała się powoli i przewróciła oczami, miała nadzieję, że jeżeli się nie odwróci, to będzie to jednoznaczne z tym, że jawnie ignoruje Klausa i ten się odczepi. Niestety.
- Ignorujesz moje telefony, nie oddzwaniasz i nie zostałaś w domu, tak jak kazał ci mój czarownik. Uwielbiasz, mi robić na złość, prawda?
- Czego chcesz?- spytała, w końcu zwyciężając z taśmą klejącą. Nie oglądając się za siebie, przeszła kawałek dalej, szukała dobrze widocznego miejsca na plakat.
- Sprawdzam jak się czujesz, to chyba nic złego?
- Prześladowanie to coś złego- warknęła i przystanęła przy niepłatnym słupie ogłoszeniowym.
- Daj spokój, ja tylko dbam o swoje interesy. A propos, co robisz?
El wskazała plakat na przystanku.
- Wszystko jest tam napisane, wróć i przeczytaj sobie.
Klaus chwycił ją za dłoń, zmuszając tym samym, by na niego spojrzała.
- Jak się czujesz?
Jak na jej gust, przejmował się tym za bardzo, teoretycznie nie powinno to go w ogóle obchodzić, była tylko ofiarą.
- Dobrze- warknęła i wyrwała mu się. Dostrzegła Damona zmierzającego w ich stronę, co automatycznie podniosło jej ciśnienie.
- Co? Wszystkie dziewczyny już straciły tobą zainteresowanie?- syknęła patrząc mu w oczy, chociaż dzieliło ich kilka metrów.
Zignorowała obu mężczyzn odwracając się od nich i zmierzając w stronę Grilla. Mogli się nawet pozabijać na środku ulicy, a El by się nie odwróciła. Miała dosyć Damona, starającego się wzbudzić w niej zazdrość oraz Klausa, który wystarczyło, że był.
Nim którykolwiek z wampirów zdążył ją zatrzymać, dziewczyna zniknęła za drzwiami Mystic Grill.
Pierwotny odprowadził ją wzrokiem do knajpy, czując jak nadchodzi wielka burza testosteronu.
- Damon, nie ma sensu się tak nadymać- zaczął, odwracając się przodem do bruneta. Ten tylko z niechęcią zacisnął zęby.- Dbam po prostu o swojego doppelgängera...
- Wiem czym ona jest, co masz zamiar z nią zrobić i po co.
Klaus uniósł lekko brwi. Przez chwilę sądził, że Damon naprawdę coś wie o rytuale, ale zaraz uspokoił się, bo wampir nie miał możliwości dowiedzenia się prawdy o jego staniu się hybrydą.
- Tylko ci się tak wydaje- Klaus prychnął i miał zamiar odejść, ale Damon chwycił go za ramię.
Pierwotny wydał z siebie ostrzegawczy warkot.
- Bierz łapy, jeśli nie chcesz ich potem przyszywać...
Damon jednak nie przejął się słowami blondyna, wyprostował się, wyszczerzył kły, a pod jego oczami pojawiły się pojedyncze żyły.
- Znajdę sposób, żeby cię zabić, a ją uratować, choćbym miał przypłacić to życiem.
- To się da załatwić.
Klaus już chciał zanurzyć dłoń w klatce piersiowej wampira, kiedy dziwna powierzchnia skóry pod koszulką, odwróciła jego uwagę. Spojrzał na Salvatore'a, który od razu się od niego odsunął i naciągnął poły skórzanej kurtki na środek tułowia. Mikaelson uniósł wysoko obie brwi, uśmiechając się złośliwie.
- Proszę, proszę, to wczoraj cię tak załatwili?
- Spieprzaj.
- Elizabeth wie, że zostały ci maksymalnie trzy dni, przy dobrych wiatrach?
Damon odwrócił się na pięcie i wręcz wpadł na Bonnie, której aż wypadły plakaty z dłoni. Stała i patrzyła Damonowi w oczy, doszukując się w nich jakiegoś zaprzeczenia tego, co przed chwilą usłyszała.
- Trzy dni?- spytała drżącym głosem. Klaus z satysfakcją wypisaną na twarzy odszedł, a Damon schylił się po kartki.- Damon?
Bonnie nawet nie przejmowała się aż tak tym, że Damon miał zginąć, przejmowała się reakcją El i
Stefana, osób jej bliskich, którym paradoksalnie wampir był potrzebny do normalnej egzystencji.
Wampir wcisnął czarownicy plakaty i chciał odejść bez słowa wyjaśnienia, ale zatrzymały go słowa Bennett:
- Jeżeli mi tego nie wytłumaczysz, powiem Elizabeth.
Damon zacisnął dłonie w pięści i powoli się odwrócił. Podszedł bliżej Bonnie i rozejrzał się niespokojnie.
- Wczoraj trzy razy mnie dźgnęli nożem, zanurzonym w jadzie wilkołaka, który jest dla wampirów śmiertelny. Jest jeszcze za wcześnie, żeby było to po mnie widać, ale jestem już bardziej głodny...
Bonnie czuła jak jej nogi wrastają w ziemię. Zrobiło jej się niedobrze, jakby dostała pięścią w brzuch.
- I nie ma lekarstwa?
Damon pokręcił głową i lekko uniósł koszulkę, jej oczom ukazała się pierwsza niezagojona, prawie owrzodzona rana kłuta. Odwróciła szybko wzrok i zacisnęła mocniej palce na kartkach papieru.
- Nie musiałeś mi tego pokazywać.
Salvatore zakrył nieśpiesznie skaleczenie, po czym zaczął się oddalać.
- Hej, jeszcze z tobą nie skończyłam!
- Ale ja skończyłem. Idźcie szukać tej małej ćpunki.
Bonnie się cała najeżyła.
- Wiesz co, nie warto ci chociaż przez chwilę współczuć!
- Czemu miałabyś w ogóle to robić?- spytała Eli zza pleców Damona. Ten się tylko spiął i zacisnął dłonie w pięści, patrząc wrogo na czarownicę. Jego spojrzenie mówiło: ani słowa, bo stracisz głowę. Ta jednak skrzyżowała ramiona na piersi i popatrzyła na przyjaciółkę, ignorując wampira.
- Masz rację, on nie ma prawie żadnych ludzkich odruchów, więc ja nie czuję się ani trochę zobowiązana takie posiadać wobec niego. El, wracam do domu Matta, dam ci znać, jakbym się o czymś dowiedziała. A ty,- spojrzała na Damona- przypominam ci, że masz brata i miło by było, gdybyś się nie zachował chociaż raz jak rasowy egoista.
Odwróciła się na pięcie i odeszła pośpiesznie zamaszystym krokiem.
- Nieźle sobie naskrobałeś- prychnęła El, odprowadzając przyjaciółkę wzrokiem do zakrętu.
Damon tylko przewrócił oczami i odwrócił się do niej przodem. Gilbert zmarszczyła brwi.
- Wszystko w porządku?
- Ta, bo co?
- Leci ci krew z nosa- przybliżyła się do niego z uprzednio wyciągniętą chusteczką i zgarnęła nią świeżą stróżkę.- To raczej nie jest normalne. Dobrze się czujesz?
- Tak, to nic, to tylko zmęczenie... Muszę iść.
El z niedowierzaniem patrzyła jak Damon się oddala.
- Hej, nie powiesz mi o co chodzi?- zawołała za nim, ale Damon się nawet nie obrócił.


Już pół godziny siedział nad ubikacją i wymiotował całą krwią jaką spożył chyba w całym swoim życiu. Czuł się jak wrak i jedyne o co prosił Boga, to żeby Stefan nie przyszedł teraz do domu. Niestety jego prośby nie zostały wysłuchane i kiedy Damon był pochylony nad muszlą, Stefan wparował do pomieszczenia, zaalarmowany niepokojącymi odgłosami. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył swojego brata.
- Damon? Co się dzieje?
Wampir tylko oparł głowę o ścianę i z wykończonym uśmieszkiem na twarzy podciągnął koszulkę.
- Jad wilkołaka, chyba w końcu będziesz miał spokój.
Stefan poczuł jak dreszcz przelatuje przez całe jego ciało. Nie rozumiał co brat do niego mówił.
- Jad wilkołaka? Przecież to by oznaczało, że ty...- to słowo nie chciało się przecisnąć obok guli, jaką miał w gardle Stefan.
- Umieram, tak... Dostałem w końcu to, na co zasłużyłem.
- Przestań tak mówić- warknął Stefan, czując, jak spod stóp osuwa mu się grunt. Nie wiedział co w danej chwili zrobić ze sobą, od czego zacząć. Jego brat, który był jaki był, ale dalej był bratem, stanowił jedyną pozostałą mu rodzinę.
- Nie rób takiej miny, Stef. Nie ma lekarstwa na to, wykituję do trzech dni w męczarniach, albo teraz bez zbędnego cierpienia- westchnął Damon i powycierał usta ręcznikiem. Blondyn zmarszczył brwi, nie rozumiejąc od razu co mówi starszy brat. Ale kiedy zrozumiał, zacisnął dłonie w pięści i ukląkł przy nim.
- Ani mi się waż popełniać samobójstwo...
- Stefan, widziałem co się dzieje z takimi jak ja!- przerwał mu.- To sztuczne przedłużanie życia jest bezsensowne, potem już tylko atakujesz ludzi, zwracasz krew, którą wypiłeś i zdychasz bez krzty godności...
- Mówisz zupełnie jakbyś...
- Tak, byłem przy takiej osobie do końca- oczy zaszły mu mgłą, przypominając sobie walkę towarzyszki z jadem w jej ciele. Potrząsnął głową i kontynuował wywód.
- Dlatego wiem, że nie ma na to lekarstwa, a jedyne co mnie czeka to śmierć w katuszach, więc nie licz, że magicznie wynajdziesz lekarstwo, albo je znajdziesz.
- Przestań taki być- warknął Stefan. Damon zmrużył oczy i gniewnie spojrzał na brata.
- Jaki? Szczery?
- Pogodzony! Pogodzony z faktem, że umrzesz. Nie pozwolę na to. A teraz chodź, odpoczniesz.
Chciał pomóc bratu wstać, ale ten obruszył się i o własnych siłach doszedł do łóżka.
- Jestem umierający, a nie kaleką.
- Zawsze byłeś kaleką, ale umysłową- syknął Stefan i do głowy wpadła mu pewna myśl.- Damon?
- Czego?
- Elizabeth wie o tym?
Zapadła kompletna cisza. Damon wstrzymał nawet na chwilę oddech, nie odrywając głowy od poduszki. Czy El o tym wie? Oczywiście, że nie. Nie mógł jej o tym powiedzieć...
- Rozumiem, że nie...
Damon dalej milczał, tylko wsłuchiwał się w bicie swojego serca. Na myśl, że miałby o tym powiedzieć Gilbert, jego żołądek robił większe fikołki niż przed chwilą.
- Może zamiast targnięcia się na własne życie, wykorzystasz ten czas na coś pożytecznego?
- To znaczy?- warknął. Miał dosyć tej rozmowy, od momentu jej rozpoczęcia. Na dodatek wspomniał o Elizabeth.
- Nie tracę nadziei na znalezienie lekarstwa i sądzę, że obędzie się bez listy rzeczy, które chcesz zrobić przed śmiercią, ale nie jesteś jedyną osobą, która zna swoją potencjalną datę śmierci...
- Do rzeczy, Stefan.
- Napraw z nią relacje, potrzebujecie siebie nawzajem. Nie popełniajcie drugi raz tego samego błędu.
- Nie radzę zaczynać tego tematu- Damon zacisnął zęby i pięści.
Stefan usiadł na łóżku obok, poirytowany.
- Może właśnie muszę! Powtarzam- potrzebujecie siebie teraz, życie nigdy nie było dla was tak kruche i ulotne...
- Stefan, co ty próbujesz mi tutaj...?
- Odważ się robić rzeczy, na które normalnie zabrakłoby ci jaj, Damon. Żyj, jakby każda sekunda miała być twoją ostatnią... Ona tak zacznie żyć i do ciebie należy wybór, czy będziesz tego częścią.
Widział, że brat już otwiera usta, dlatego uniósł dłoń by mu przerwać.
- Po prostu pomyśl, nie odpowiadaj... i odpocznij, zbierz siły. Zaraz ci przyniosę krew.
Wstał i wyszedł, zostawiając brata sam na sam z myślami, mając jednocześnie nadzieję, że dojdzie tylko do dobrych wniosków.


Damon nie mógł odmówić sobie wieczornej kolejki. Szczególnie dzisiaj, kiedy głód dokuczał mu nawet po wysuszeniu do ostatniej kropli krwi jakiegoś przechodnia. Poczuł się najedzony tylko przez chwilę i ponownie musiał albo się nakarmić, albo wypić alkohol, który magicznie łagodził pragnienie. Wybrał alkohol, ale miał tą świadomość, że w drodze do Elizabeth ktoś zginie.
Uznał, że to też dobre lekarstwo na skołatane nerwy, aczkolwiek gdyby jego nerwy miały być uspokojone, musiałby się doprowadzić do stanu nieużywalności. Wziął głęboki oddech, taksując swoje odbicie. Nie pamiętał kiedy ostatni raz z tak wielką wątpliwością patrzył w lustro, kobiety nie potrafiły przy nim zdroworozsądkowo myśleć, dlaczego nagle zaczął kwestionować swoją atrakcyjność?
Sięgnął do kieszeni i spojrzał ostatni raz na jej zawartość.
- Jesteś tego pewien? To nie jest decyzja, którą się podejmuje pod wpływem impulsu.
- Najpierw mi prawisz kazanie o tym jak powinienem korzystać z życia, a teraz...
- Nie, nie- Stefan przestał się opierać o framugę i podszedł bliżej, patrząc w odbicie Damona.- O tym nic nie wspominałem- zaprzeczył, patrząc wymownie na pudełko.- Skąd go masz?
- Kupiłem podczas Drugiej Wojny we Włoszech. Już wtedy wiedziałem komu go dam... W sensie, na co go przeznaczę... Wiesz o co mi chodzi!- zniecierpliwił się, poprawiając koszulę.
Stefan aż się zaśmiał.
- W życiu bym cię o to nie podejrzewał.
Damon napotkał spojrzenie brata w lustrze. Od razu się spiął, udając, że nie wie o co mu chodzi.
- Nie wiem o czym mówisz...
- Daj spokój. Romantyzm to nic złego. Poza tym, braciszku, w życiu się tak nie trząsłeś- oddał mu przedmiot, uśmiechając się pod nosem.- Powodzenia, bracie.
- Ta, dzięki.
Odwrócił się przodem do Stefana, minął go w drzwiach i nim się mógł rozmyślić, zbiegł na dół , by nalać sobie bourbona.
Damon obrzucił szybkim spojrzeniem salon, tonący w papierach. Podziwiał zapał, z jakim Stefan szukał sposobu na zgładzenie Klausa. Niestety cały dzień poszukiwań nie przyniósł żadnych plonów, wszystko okazywało się być ślepą uliczką, albo nietrafionym pomysłem.
- Nic nie mamy, prawda?- spytał Damon, przechadzając się po salonie.
- Tak naprawdę przestałem szukać sposobu jak zabić Klausa, kiedy Bonnie mi powiedziała o pobraniu mocy... Teraz szukam lekarstwa...
- Tak, słyszałem coś niecoś o tym- odpowiedział, ignorując wstawkę o lekarstwie.- Może w końcu okaże się użyteczną wiedźmą. Idę, na razie.
Starszy Salvatore dopiwszy alkohol skierował się na zewnątrz, by jak najszybciej zobaczyć dziewczynę.

Mimo iż wieczór był chłodny, okno w sypialni Elizabeth było otwarte. Wylatywały przez nie smugi przytłumionego światła, które dawały Damonowi nadzieję na to, że dziewczyna jeszcze nie śpi. Odetchnął głęboko, starając się opanować mdłości, nietypowe dla wampira, nie wiedział, czy to z nerwów, czy przez jad wilkołaka. Uznał, że przez to drugie, łatwiej mu wtedy było powstrzymać drżenie rąk i uspokoić oddech. Dotknął swoich ust, by upewnić się, że na jego twarzy nie pozostały żadne resztki krwi. Po kilku minutach dogłębnej analizy swojego wyglądu, w końcu klepnął się w policzek na opamiętanie.
Do cholery, jesteś Damon Salvatore! Dasz radę! I z tą myślą, wampir jednym susem wskoczył na parapet okna, sypialni Eli. Tej jednak nie było w pokoju. Wampir usłyszał jak dziewczyna krząta się po łazience i jego serce prawie wyskoczyło mu z piersi. Rozejrzał się dookoła, żeby przyzwyczaić się do pomieszczenia, jednak dzisiaj to było nadzwyczaj trudne. Podszedł do lustra, obok którego stały świeczki, i doszukiwał się w swoim odbiciu oznak zdenerwowania. Naturalnie znalazł ich kilkanaście, więc usiadł na parapecie, jak za starych dobrych czasów. Zmarszczył brwi, robiąc szybki rachunek sumienia. Minęły co najmniej dwa miesiące, od kiedy spotykali się w takich okolicznościach.
Nagle drzwi łazienki otworzyły się, wypuszczając z wnętrza łazienki gorącą parę wodną. Damon wyprostował się, oczekując na pojawienie się drobnej istotki. Płomienie świec przechyliły się zgodnie w jedną stronę, jednocześnie się powiększając, a mężczyzna urzeczony wpatrywał się w obłoki pary, wypełzającej leniwie z pomieszczenia. Był teraz nazbyt świadomy tego, co się działo dookoła niego.
Słyszał jak w trawie chowające się świerszcze, wydają z siebie charakterystyczne dźwięki dla tej pory dnia. Gdzieś głębiej w lesie, huczała sowa, a na końcu ulicy pies szczekał na samotnego biegacza. Jeremy słuchał jakiejś muzyki, na którą Damon się tylko skrzywił, Jenna była na dole i spała przed telewizorem, z którego wylewały się fragmenty „Przyjaciół”, jednak najciekawsze, kryło się za drzwiami naprzeciwko niego.
Pochylił się do przodu, by oprzeć się łokciami o kolana i nasłuchiwał. Jej palce prześlizgnęły się po tkaninie leżącej na szafce, podniosła ją, równocześnie pozwalając ręcznikowi opaść na ziemię. Damon aż drgnął, bo oczami wyobraźni był teraz za tamtymi drzwiami, obserwując nagą dziewczynę. Przesunął dłonią po twarzy, starając się być obojętnym, ale nasłuchiwał dalej, jak materiał prześlizguje się po jej skórze, delikatnie ją oplata.
Wampir poprawił spodnie, mając nadzieję, że pierwsze co się nie rzuci w oczy to jego wzwód.
Damon ponownie się wyprostował i rozpiął jeden górny guzik koszuli. Zrobiło mu się gorąco, mimo iż w jego plecy uderzał wiatr. Nie odrywał wzroku od drzwi i kiedy te ponownie się poruszyły, on zrobił to samo, z tą różnicą, że ich ruch był spokojny, leniwy, wręcz erotyczny, a jego pełen napięcia i wyczekiwania.
Najpierw zobaczył długą nogę, prawie całkowicie odkrytą, potem dostrzegł ów tajemniczą tkaninę, którą okazała się być krótką koszulą nocną, jednak nie z tych, które miały być zdejmowane, świeżo po nałożeniu. Mokre, długie, czekoladowe włosy opadały jej na piersi, zasłaniając tym samym kolejny obiekt westchnień Damona, który, gdy zobaczył Elizabeth w całej okazałości, natychmiast miał ochotę paść przed nią na kolano. Taksował dziewczynę wygłodniałym spojrzeniem, starając się na nią nie rzucić.
- Cześć, Damon- jej głos w końcu przerwał ciszę.
- Cześć- szepnął, wstając. Górując nad dziewczyną powinien się poczuć pewniej, ale tak nie było tym razem. Czuł, że jest bezsilny, nie wiedział co powiedzieć chyba pierwszy raz w życiu.
- Co cię do mnie sprowadza?- spytała, podchodząc do toaletki. Chwyciła szczotkę i zaczęła rozczesywać włosy. Zahipnotyzowany Salvatore podszedł bliżej, nie mając jednak odwagi jej dotknąć. Odchrząknął i udał obojętny ton.
- Chciałem tylko zapytać, co Bonnie ci mówiła o tym całym rytuale... Jaki ma plan, czy coś...
Boże, jakie to beznadziejne, pomyślał Damon. Stał i patrzył na nią, oczekując zdziwienia, ale El nawet nie drgnęła powieka.
- O tym, że jestem doppelgangerem już wiem, ale czy to cokolwiek zmienia? Nawet nie chce mi się denerwować. Jej plan? No cóż, myślę, że najłatwiej byłoby zapytać ją.
Trafiła z tyłu głowy na kołtun, albo włosy zaczepiły się o łańcuszek i Eli miała problem z rozczesaniem włosów. Damon podszedł bliżej, wyczuwając szansę na uzasadnione zbliżenie się do niej.
- Pomogę ci- zaoferował się i odgarnął wszystkie włosy na bok, odsłaniając tym samym jej szyję. W momencie w którym dotknął jej skóry, dostrzegł gęsią skórkę na jej ramionach. Zaczął oddzielać włosy, od łańcuszka, próbując ignorować to przyciąganie między nimi.
- A tak naprawdę, co cię sprowadza?
Brunet odetchnął płytko, nie patrząc swojej rozmówczyni w oczy, odbijające się w tafli lustra.
- Przyszedłem porozmawiać.
Kołtun został rozplątany i obydwoje mogli się skupić tylko na rozmowie. El odwróciła się na krześle, by być przodem do wampira. Podejrzewała o co mu chodzi i toczyła wewnętrzną walkę czy powiedzieć prawdę, czy nie.
- To znaczy?
- Chodzi o to, że cały czas coś jest między nami i mogliśmy złamać czar, mogłaś być z kimś innym, ja mogłem się starać zapomnieć o tobie, a mimo wszystko... Nie potrafię cię zostawić w spokoju, El. Dlaczego poszłaś mnie szukać, po powrocie od Starka, dlaczego potrafisz mnie całować, po tym wszystkim co ci kiedykolwiek zrobiłem?
- Nie, nie mam siły na to...
- To ją znajdź! Muszę wiedzieć, El. Proszę...
Zapadła cisza. Elizabeth westchnęła i przeczesała włosy palcami.
- To się nazywa poczucie winy- warknęła w końcu i od razu przyjęła postawę obronną.
- Nie mydl mi tym oczu, coś między nami jest, wiesz o tym, czujesz to.
- Jezu, Damon, przestań mi wiercić dziurę w brzuchu- odgoniła go gestem dłoni i wstała z krzesła.- Jednorazowa słabość do niczego nie zobowiązuje.
- Jednorazowa...? No nie wytrzymam- warknął, krzyżując ręce na piersi.- Czemu tak kłamiesz? Co ci dadzą te wszystkie kłamstwa, odnośnie dziecka, nas...?!
- Nie kłamałam w tej sprawie, wszystko co miałam ci do powiedzenia już usłyszałeś!
- Gówno prawda! Wiesz kiedy usłyszałem prawdę?
Elizabeth przyjęła tę samą postawę co Damon, tupiąc lekko jedna nogą z nerwów. Bała się, że już powoli traci grunt pod nogami i wszystkie kłamstwa zaraz wybuchną jej prostu w twarz.
- No niby kiedy?
- Kiedy spałaś. Mówiłaś przez sen, przepraszałaś mnie, mówiłaś, że tego nie chciałaś...
- Wynoś się!- krzyknęła, drżąc na całym ciele.- Nie masz prawa...
Damon chwycił ją za nadgarstki, przyciskając jej zaciśnięte pięści do klatki piersiowej.
- Miałem prawo, spałaś w moim domu.
El otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale brakło jej słów. Jakiejkolwiek obrony, bluzgów, nic. Po prostu patrzyła mu w oczy, mając nadzieję, że zaraz wpadnie jej do głowy genialna riposta, która wykurzy wampira z jej pokoju.
- Co? Koniec kłamstw? Limit osiągnięty? Porozmawiamy w końcu jak dorośli?
Dziewczyna się wyrwała i podeszła do okna, oddychając świeżym powietrzem.
- Czego chcesz ode mnie?
- Prawdy. Tylko prawdy, Eli.
Zacisnęła palce na parapecie, nie patrząc na wampira.
- I co wtedy? Wrócimy do siebie? Zrobimy ze dwie szalone rzeczy i umrę zostawiając cię z tęsknotą bez pokrycia?- odwróciła lekko głowę w jego stronę, wciąż jednak nie patrząc mu w oczy. Ściszyła głos:
- Nie wolisz mnie znienawidzić, Damon? A kiedy umrę, napluć na mój grób i puścić mnie w niepamięć jako tą, która zabiła ci syna? Powinieneś tak zrobić, oboje o tym wiemy.
- Liz, jak bym mógł? Wiesz, że nie potrafię.
- Potrafisz, musisz po prostu to wyłączyć.
Salvatore aż się cofnął, jakby dostał od niej w twarz.
- Wyłączyć? Każesz mi wyłączyć uczucia, żebym przestał być chodzącą przypominajką tego, co zrobiłaś?
El przewróciła oczami i rozjuszona się wyprostowała.
- Nie myślę o sobie, ty dupku! Myślę tylko o tym jak zredukować twoje cierpienie kiedy mnie już nie będzie! Chcę, żebyś mnie zaczął nienawidzić, nie widzisz tego?
- Nie chcę cię nienawidzić, kobieto, nie widzisz tego?- wziął jej twarz w dłonie, potrząsając nią lekko.- Kocham cię.
- Nie, przestań- odsunęła się od niego gwałtownie, przeczesując mokre włosy palcami. Damon zmarszczył brwi i uniósł dłonie w niedowierzaniu.
- To po chuj mnie ratowałaś? Trzeba było mi dać zdechnąć! Dlaczego tego nie zrobiłaś? Skoro nie chcesz żebym cierpiał, trzeba było mnie zostawić na pewną śmierć!
Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich zaspana Jenna.
- Co tu się dzieje? Nie jest już za późno na wizyty?
- Wszystko jest ok, Jenna, urządzamy sobie tylko małą pogawędkę, możesz wrócić do spania- warknął Damon, nie odwracając wzroku od El.
- To nie brzmi jak mała pogawędka, tylko jak kłótnia... Elizabeth, wszystko w porządku?
- Tak- mruknęła cicho, obejmując się ramionami.
- Na pewno?- upewniła się, na co Damon westchnął głęboko i podszedł do ciotki.
- Tak, połóż się spać, zapomnij co tu widziałaś i słyszałaś, prześpisz całą noc- wpłynął na Jennę, która posłusznie się wycofała.
- Serio?- spytała El, patrząc z niedowierzaniem na zamknięte drzwi.
- Serio. Kontynuując, dlaczego nie dałaś mi umrzeć.
- Damon, zahipnotyzowałeś Jennę! To już nawet nie chodzi o to, co czujemy, tylko o to jak się zachowujemy, co robimy dla siebie nawzajem!
- Czyli przyznajesz, że mnie kochasz?
- Damon...
- Przestań mi tu „Damonować”! Dlaczego mnie uratowałaś?!
- Po co to robisz?!- wybuchła, popychając go.- Chcesz tak bardzo cierpieć? Czemu mnie nie słuchasz kiedy mówię, że będzie bolało?!
- Niech boli!- krzyknął.- Każda chwila z Tobą jest warta tego bólu! Nie chcę tego wyłączać, kocham cię, na litość boską! Kocham! Ile razy jeszcze mam ci to powiedzieć?!
Elizabeth z przerażeniem patrzyła na wampira. Był szczery, miał serce na dłoni, ponosiły go emocje i sądził, że była warta całego bólu, jaki zadawała, jakim cudem?
- Dlaczego?- spytała cicho.- Nie jestem idealna, zrobiłam Ci tyle złych rzeczy, ty zrobiłeś tyle złych rzeczy... Dlaczego my to sobie robimy, Damon?- ponowiła pytanie, czując jak ogrom emocji wymyka się z jej duszy pod postacią łez, spływających po policzku.
Niebieskooki westchnął i przeczesał włosy palcami. Zaczął chodzić w kółko po pokoju, miotając się w tę i we w tę. W końcu przystanął.
- Tak to już jest Elizabeth... Nie pytaj dlaczego.- Odwrócił się przodem do niej i podszedł powoli bliżej. Dziewczyna walcząc ze sobą wzięła głębszy wdech i otworzyła usta.
- Masz rację, kłamałam. I masz rację... kocham cię, bardziej niż bym kiedykolwiek chciała. Dzisiaj kiedy myślałam, że cię zabiją...
Nie dał jej dokończyć. Damon w jednej chwili znalazł się przy dziewczynie, objął ją w talii i przyciągnął do siebie, nie całując jej jednak od razu. Spojrzał na jej usta, ona na jego i nie ważne jak bardzo chciał ją teraz całować, dał jej moment, żeby się wycofać, czego nie zrobiła. Serce El przyśpieszyło jeszcze bardziej, w reakcji na bliskość wampira, nie potrafiła myśleć teraz o niczym innym, niż o jego ustach. Przybliżyła się do niego powoli i dotknęła jego warg swoimi. Lekki pocałunek natychmiast przerodził się w coś więcej. Damon przycisnął ją do siebie, wpijając się raz za razem w jej usta, a rękami wodził po jej ciele, jakby zaraz ktoś miał ją mu odebrać. Oboje ledwo oddychali, nie potrafiąc się od siebie odsunąć, co najmniej jakby tylko wydychane powietrze drugiej osoby zawierało życiodajny tlen. Damon zapominając o wszystkich zasadach i warunkach jakie sobie postawił, położył dziewczynę na łóżku, starając się nie pominąć dotykiem żadnego centymetra jej rozgrzanego ciała. Napawał się dotykiem jej skóry, delikatnie podciągając krótką koszulkę nocną. Czuł się jak dziecko odpakowujące prezent urodzinowy, a może nawet lepiej, kiedy czuł wijącą się pod nim dziewczynę.
El objęła go ciasno wokół bioder nogami, pozwalając mu ocierać się o siebie, przez co nie mogła zignorować wyraźnie zarysowanej pod spodniami męskości, napierającej na jej pachwinę. Wczepiła palce w jego włosy, ciągnąc je i masując u nasady, jednocześnie odciągając jego głowę do góry, by móc go całować po szyi. Przesuwając językiem wzdłuż tętnicy czuła ten zapach. Zapach, który, czy chciała czy nie, wyzwalał w niej dzikie żądze, co w reakcji łańcuchowej oddziaływało równie mocno na wampira.
Salvatore przymknął powieki, dając się całować szatynce, która coraz wyżej zahaczała o niego nogi, będąc już do połowy nagą, lecz dalej zbyt okrytą. Zaczął wędrówkę jednej dłoni wzdłuż jej całego ciała zaczynając na żebrach, zahaczając tym samym o krawędź piersi, przyciśniętej do jego torsu. Delektował się strukturą gładkiej skóry, pokrywającej jej każdy centymetr ciała. Schodząc niżej na wysokość brzucha poczuł jak dziewczyna pod nim drży i wzdycha cicho w jego szyję, kwiląc jego imię. Wygiął kącik ust w uśmiechu, kontynuując podróż. Prześlizgiwał się wzdłuż jej biodra, uda, kolana wyczuwając drobną gęsią skórkę pod palcami, co dawało mu nie lada satysfakcję. Powoli wracając tym razem od wewnętrznej strony nogi, poczuł jak gorące, wydychane przez El powietrze paraliżuje mu cały kark, a dłonie szarżujące w jego włosach wręcz zniewalają. Nie przerywając swojej małej eskapady, Damon przymknął lekko oczy z przyjemności, zbliżając się jednocześnie do swojego celu. Odsunął się od szatynki, by spojrzeć jej w oczy, kiedy będzie ją słodko torturował.
- Nie spuszczaj ze mnie wzroku- rozkazał, jedną ręką podnosząc jej brodę, by na niego patrzyła. El kiwnęła głową w amoku, czując jak Damon zbliża się opuszkami do jej wrażliwych tkanek. Jak miała zapanować nad swoim ciałem i utrzymać z nim kontakt wzrokowy?
Nagle wbiła paznokcie w jego ramię i utkwiła wzrok w jego twarzy, czując jak gorączka przetacza się przez jej ciało, jak ciśnienie rośnie, podnosząc wrażliwość ciała na bodźce. Zacisnęła zęby, wpatrując się w podniecone spojrzenie wampira, który zachęcony reakcjami nie przerywał swoich akcji.
- Damon, proszę...
Z jego ust wyrwał się jęk przesycony rozkoszą, co podziałało na Elizabeth jak najwyższej klasy i jakości afrodyzjak, jakby było jej mało bodźców.
Ujął ją pod brodę i obsypał pocałunkami jej szyję, a przy tym wszystkie strefy erogenne dookoła. Czuł, że za chwilę przekroczy linię bezpieczeństwa. Był w niej tak zatracony, a nawet nie ściągnął spodni. Pod ustami pulsowała jej tętnica, a nosem wciągał najbardziej pociągający zapach na ziemi, tracił kontrolę nad swoją żądzą. Spod jego oczu wyszły żyły, a kły wyrosły wbrew jego woli i nim zdążył powiedzieć cokolwiek na swoje usprawiedliwienie, wbił lekko kły w bladą skórę, pieszcząc jej, już nagie, plecy. Nie zwrócił nawet uwagi, kiedy koszulka nocna była podwinięta prawie do wysokości jej szyi.
Jęknęła przeciągle, pozwalając wampirowi napić się trochę jej krwi, zdawała sobie sprawę jak dla Damona musiało być to przyjemne. Łowca, którym była, uciekł, zostali tylko ona i on.
Elizabeth chwyciła za poły jego koszulki i pociągnęła je w przeciwne do siebie strony. Tkanina nie wytrzymała, rozdarła się niczym stara szmatka. El spojrzała w dół, by podziwiać jego mięśnie, ale to nie je zobaczyła. Zastygła w bezruchu, tak jak Damon.
- Damon... Co to jest?
Wampir odsunął się błyskawicznie od dziewczyny, starając się zakryć rany. Był wściekły na siebie, że wystarczyło parę pocałunków i zapomniał o czymś tak ważnym. Miała o tym nie wiedzieć...
- Damon, do cholery, czemu to nie jest wyleczone?!- można było usłyszeć panikę w jej głosie. Obawiała się najgorszego, bała się co powie Damon. Podeszła do niego i pomimo sprzeciwów mężczyzny, zbliżyła się do ran.
- To lunołaki ci to zrobiły? Co to jest? Damon, odezwij się!
- To jad wilkołaka- wydusił w końcu.- Polali nim noże...
Elizabeth skrzywiła się na wspomnienie tortur i dotknęła delikatnie zaczerwienionej skóry. Wielka gula pojawiła się w jej gardle.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?- spytała cicho, ale już znała odpowiedź. Jad był śmiertelny. Damon przemilczał odpowiedź, patrząc w bok.
Nim pozwoliła w ogóle łzom się nagromadzić musiała zadać ostatnie pytanie.
- Co z lekarstwem?
Ponownie zapadła cisza, podczas której Damon dotknął policzka El. Sunął palcami wzdłuż jej żuchwy, szyi, by na koniec złapać pasemko jej włosów i dać je za ucho. Dziewczyna złapała jego dłoń, zmuszając by spojrzał jej w oczy.
- Damon? Powiedz, że jest na to lekarstwo- poprosiła łamiącym głosem.- Błagam, powiedz, że można to wyleczyć...
W jej oczach pojawiły się łzy, dlatego Damon ją szybko przytulił do siebie.
- Nie płacz, proszę... Nie chcę, żebyś płakała, chcę wykorzystać ten czas, który nam pozostał do maksimum.
El powycierała łzy i uniosła brodę. Starała się chłonąć go całego, takiego jakim był.
- Ile?
- Około trzech dni...
Eli zaniosła się płaczem, odpychając od siebie Damona.
- Dlatego tak się upierałeś! Ty świnio, wiedziałeś, że cię nie zostawię, bo ty pierwszy umrzesz. Zostawisz mnie, ty egoisto! Chcesz mnie zostawić!
Damon, złapał ją za nadgarstki i jednym ruchem przyciągnął do siebie, tuląc do piersi. Była wkurzona, że wcześniej jej nie powiedział, ale nie miała serca więcej się na niego gniewać. Czuła jego ramiona wokół siebie i nie sądziła, że jest w stanie bez nich żyć. Po złości i żalu przyszła kolej na determinację.
- Znajdę sposób, znajdę lekarstwo, choćbym miała zawrzeć pakt z samym diabłem.
Salvatore odsunął od siebie El.
- Ani mi się waż, nie chcę, żebyś się z kuli mnie pakowała w kłopoty. Zapewniam cię, że nie ma na to lekarstwa, dlatego zamiast szlajać się bez celu za czymś co nie istnieje, wykorzystajmy nasze ostatnie dni do bycia razem. Żadnych kłamstw, zdrad, tylko my.
- Chyba nie sądzisz, że się poddam?!
- Nie chcę się poddawać, przynajmniej nie w kwestii Klausa. Zrozum, chcę ciebie przez te ostatnie dni. Chcę mieć pewność, że będziesz moja do końca... mojego lub twojego.
- Będę- zapewniła go, całując w usta.
Damon odwzajemnił pocałunek, po czym odsunął się lekko od dziewczyny i usiadł na łóżku, pociągając ją obok siebie. Teraz był czas na to.
- El, pamiętasz jak powiedziałaś, że chcesz zrobić w kilka dni to, na co inni mają czas przez osiemdziesiąt lat?
Kiwnęła głową, cały czas ściskając dłonie mężczyzny. Widziała, że jest coś co trapi bruneta, dlatego przysunęła się bliżej do niego, starając się dodać mu otuchy.
- Czemu pytasz?
- Bo sądzę, że to najlepsze co możemy teraz zrobić. Przeżyć kilka dni, niczym całe życie... Powinniśmy się odważyć robić rzeczy, które zaplanowaliśmy na za kilka lat.
El patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem.
- Cieszę się, że się zgadzamy, ale co...
- Kochasz mnie?
- Tak- uśmiechnęła się.
- Więc zrobiłabyś coś dla mnie?
- Wszystko.
Damon drżąc, cholera wie, czy ze strachu, czy z podekscytowania, zsunął się z łóżka i uklęknął na jedno kolano, przodem do Elizabeth. Ta, jakby do niej nie docierało co się dzieje, siedziała jak słup soli, patrząc, jak Damon wyciąga z kieszeni małe pudełko.
- O mój Boże...- wykrztusiła tylko z siebie.- Damon, co ty robisz?!
Podskoczyła aż na łóżku i wycofała się, przeskakując przez nie. Tym sposobem dzieliła ich szerokość mebla, na co Damon uniósł brew.
- Nie wstanę, bo to będzie oznaczało porażkę, tak mnie uczyli... a ja nie chcę ponosić porażki, nie na tej płaszczyźnie. Proszę, El.
- Po to przyszedłeś!- zaczęła krzyczeć na niego.- Od samego początku wiedziałeś po co tu jesteś!
- Tak- przyznał i westchnął głęboko.- Ale wiedz, że żadne moje słowa dzisiaj wypowiedziane nie były kłamstwem, albo napędzane strachem przed śmiercią. Wszystko było szczere, El.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i powoli ponownie wspięła się na łóżko, zmniejszając dystans między nimi. Ku jej zdziwieniu na twarzy Damona nie zobaczyła irytacji, tylko cierpliwość, wyrozumiałość i miłość, dużo miłości.
Nie do końca wiedząc jak się zachować, z powrotem usiadła na łóżku i dotknęła jego policzka z przerażeniem w oczach. Przykryła zawartość jego dłoni drugą ręką i spojrzała mu prosto w oczy.- Jeżeli je otworzysz, to nie będzie odwrotu...
- Nie chcę odwrotu, kocham cię nad życie, dlatego pytam- spuściła wzrok, wpatrując się we wciąż zamknięte pudełko.- Zrobiłabyś coś dla mnie?
Elizabeth odetchnęła głęboko i kiedy podniosła ponownie wzrok zaniemówiła na chwilę. Każda kobieta z pewnością chciała choć raz doświadczyć spojrzenia tak przepełnionego uczuciem. Czuła jak łzy gromadzą się pod dolnymi powiekami i zdradziecko spływają jej po policzkach, kiedy kiwnęła głową.
- Wszystko- powtórzyła szeptem, zaciskając mocniej palce wokół jego dłoni. Damon otworzył powoli pudełeczko, pokazując jego zawartość, jednak to nie na nie patrzyła. Obserwowała jak niebieskie oczy z oddaniem i miłością niemo błagają o zgodę.
- Więc wyjdź za mnie.

****************************************************
O raaany, ileż razy koncepcja się zmieniała! Ileż to razy zmieniałam cały rozdział! Ale w końcu urodzony, w ogromnych bólach. Co nie oznacza, że nie jestem z niego zadowolona. Jestem i to bardzo ;) Szczególnie lubię końcówkę, potraktujcie to jako taki mały prezent ode mnie na Święta :D Jeżeli ktoś to jeszcze czyta to dziękuję i podziwiam za wytrwałość. <Tak, Emka, patrzę w twoją stronę, dzięki, że napisałaś, dzięki tobie ten rozdział dzisiaj dokończyłam i wstawiam >. W każdym razie życzę wam Wesołych Świąt, a jeżeli chodzi o kolejny rozdział to nie wiem kiedy :( Nie dość, że mam studia, to jeszcze chcę poprawić rozszerzenia z matury. Ajjj karrramba, mówię Wam. Anyway. Mam nadzieję, że się opłacało czekać :) Do następnego :)