sobota, 2 lutego 2013

10. Au revoir!

Masz sto siedemdziesiąt dwa lata... Wow… to trochę takie… dziwne. Powinnam to uważać za obrzydliwe.
Siedziałam na blacie i popijałam sok pomarańczowy.
- Powinnaś…- Damon podszedł do mnie bliżej.
- Co robisz?- odłożyłam szklankę obok siebie, a wampir objął się w pasie moimi nogami- mało Ci, że zostałam na noc?
- Nic nie robiliśmy z tych rzeczy- wypomniał mi z wyrzutem.
- I właśnie dlatego- wzięłam swoje nogi i zeskoczyłam na ziemię- nie powinniśmy dalej niczego robić. Po co zmieniać niektóre przyzwyczajenia?
- Jesteś upierdliwa!- krzyknął za mną, gdy wchodziłam po schodach, na co ja się cicho zaśmiałam.
Kiedy zeszłam, Damon w salonie stał i rozmawiał z jakimś mężczyzną.
- Cześć, mała.
Spojrzałam z powątpiewaniem na niego. Nie był bardzo przystojny, zaryzykowałabym mówiąc, że był przeciętnej urody. Blondyn, szare oczy, niezbyt wysoki. Nie robił wrażenia na mnie.
- Hej?
Damon się zaśmiał, na co ten go spiorunował wzrokiem.
- El, to Roy. Stary kumpel zza czasów prohibicji. Roy, to Elizabeth, moja...
- Przyjaciółka- dokończyłam, to było cholernie niezręczne...- miło mi- uśmiechnęłam się szybko i uścisnęłam dłoń Royowi 
- Przyjemność po mojej stronie... Od kiedy to się przyjaźnisz z dziewczynami, Damon? Albo od kiedy tak to nazywasz?
- Spadaj- uciął brunet i popatrzył na mnie przepraszająco. W sumie, niby czego mogłam oczekiwać po jego znajomych?
- To co?- klasnął w dłonie- Po kolejeczce?- Błyskawicznie znalazł się za mną i wyeksponował jednym ruchem moją szyję.
- Damon- udało mi się tylko wykrztusić, zanim mój świeżo upieczony przyjaciel odsunął ode mnie natręta.
- Łapy przy sobie!- mój wybawca stanął między nami.
Roy uniósł dłonie w geście kapitulacji.
- Dobra, dobra, patrz go jaki wrażliwy. Jak byliśmy w Nowym Jorku to...
- Boże, zamknij się!
Poczułam się niezręcznie. Było w tym pomieszczeniu o jedna osobę za dużo i to byłam ja.
- Ja już pójdę... Najwyżej się potem zobaczymy...
Nagle do domu wpadł Stefan, chociaż to wyglądało bardziej jakby go ktoś wrzucił do domu z wbitymi w brzuch kilkoma kołkami. Damon i Roy zerwali się by mu pomóc. Roy wyciągnął z niego kołki, a Damon pobiegł po woreczki krwi. Podbiegłam do Stefana i uklęknęłam przy nim.
- Stefan, spójrz na mnie- otworzył oczy i na mnie spojrzał.
- El…
- Tak, jestem, kto Ci to zrobił?
- Amy..
- Kto?
- A- Amy...?- Damon stał wmurowany w podłogę i miał niewidzący wzrok. Woreczek z krwią wypadł mu z ręki, ale na szczęście w porę go złapałam i ścisnęłam w ręce. Nie wyglądało to apetycznie, ale podałam to Royowi, on wiedział co z tym zrobić. Naderwał plastikowy korek i przystawił młodszemu Salvatore'owi worek pod usta.
- Nie- jęknął.- Ja nie mogę...
- Stefan! Pij to - zganiłam go.- Nie pora na głupoty.
- Nie mogę!
- Siłą w to w ciebie wleje, jak się zaraz nie uspokoisz!- Wyrwałam worek Royowi i wycisnęłam trochę cieczy na usta Stefana. W ułamku sekundy dorwał się do krwi i kilkoma łykami opróżnił torebkę. Potem zażądał kolejnej i nim się spostrzegłam wypił trzy torebki.
- Co się z nim dzieje?
- Dawno nie pił ludzkiej krwi, więc teraz budzi się w nim zwierze…- wyszeptał pierwszy raz od dłuższego czasu Damon.
- No to super- mruknęłam pod nosem patrząc za odchodzącym do swojej łazienki Stefanem.- A ty co?- zapytałam bruneta.- Kto to Amy?
- Amanda... Ona nas przemieniła.
Coś mi się nie zgadzało.
- Przecież ona rzekomo umarła...
- No właśnie- warknął. Złapał mnie za rękę. Ziemia pod moimi nogami zadrżała. Spojrzałam na nasze ręce i na niego, w jego płonące niewytłumaczalnym pragnieniem oczy. Otworzyłam szerzej usta starając się regularnie dotleniać, ale chyba zbyt szybko to robiłam i dostałam hiperwentylacji. Świat zawirował, a nogi mi zmiękły, nie wiem jakim cudem jeszcze trzymałam pion. Nachylił się do mnie.
- Oddychaj- szepnął mi do ucha i wyprostował się.- Chodź, odwiozę Cię do domu... Muszę się dowiedzieć o co chodzi z Amandą... Możliwe, że to był list od niej. Nie wiem czemu był skierowany do ciebie, ale...- westchnął, sprawdzając, czy ma w kieszeni kluczyki.- Nie pozwolę, żeby coś Ci się stało. Po moim trupie.
Nie odwzajemnił mojego spojrzenia. W życiu nie słyszałam czegoś równie zaskakującego. Zależało mu na mnie? Czemu? Jak?
- Roy, zajmij się Stefanem.
- Ale ja…
- Zamknij się- Damon spojrzał na mnie i wyszliśmy.
***
- Jenna?! Jesteś w domu?
Cisza. Serce mi podeszło do gardła.
- Jenna?!
- Już idę, pali się czy co?!
Odetchnęłam z ulgą, jednak widząc minę cioci ponownie się przeraziłam.
- Gdzie byłaś tej nocy?- zapytała spokojnie tylko dlatego, by mnie nie zabić.
- U Bonnie, akurat byłam zajęta jak dzwoniłaś - palnęłam, a co miałam powiedzieć?
- No, masz szczęście, bo twoje zeznania pokrywają się z jej. Na następny raz chcę telefonu, kartki, SMS, cokolwiek, bym wiedziała gdzie i z kim jesteś, zrozumiano?
- Tak jest- ruszyłam w stronę pokoju, ale na pierwszym stopniu zatrzymał mnie jeszcze na chwilę głos Jenny.
- Aha, zapomniałabym, masz karę. Jako, że pies zwiał, to obowiązuje Cię mycie naczyń do końca tygodnia. Jasne?
- Tak- odparłam niechętnie, chociaż umycie naczyń ograniczało się do opłukania ich i włożenia do zmywarki, to nie miałam na to kompletnie czasu. Weszłam do pokoju, gdzie zastałam Damona. Siedział na parapecie i patrzył przez okno. Wyglądał naprawdę przystojnie i tak męsko… spojrzał na mnie, lekko się uśmiechnął i powrócił wzrokiem do okna. Był smutny, albo raczej przygnębiony. Wzięłam bieliznę i udałam się do łazienki.
Kiedy wyszłam Damon leżał na moim łóżku i wpatrywał się w sufit. Spojrzał na mnie i z wampirzą szybkością podszedł do mnie.
- Stefan wariuje, muszę iść i pomóc Royowi.
- Idź, on Cię teraz potrzebuje… Damon?
- Tak?
- Dalej coś do niej czujesz? Wiesz...- przełknęłam wielka gulę w gardle.- czy ją kochasz...- Ugh, po co pytam, skoro nie chcę usłyszeć odpowiedzi?
- Ja… nie wiem… wątpię… przepraszam, muszę iść- pocałował mnie w policzek i wyskoczył przez okno. No to mamy klops, panienko Gilbert. W końcu stara miłość nie rdzewieje.

- Idę do Bonnie i nie wiem kiedy wrócę.
Wstałam i zeszłam na dół. Założyłam trampki i wsadziłam komórkę do tylnej kieszeni spodni.
- Nie potrafisz usiedzieć w domu, prawda?
Uśmiechnęłam się do cioci i zamknęłam za sobą drzwi.

Szłam drogą nie oglądając się za siebie, jednak jeden jedyny raz się obejrzałam. Za mną szedł jakiś mężczyzna z kapturem na głowie i dziewczynka w różowej sukience, jednak dziewczynka skręciła po chwili do swojego domu, a zakapturzony gość wciąż podążał za mną. Kiedy się po raz kolejny obejrzałam odległość między nami zmalała. Przyśpieszyłam, on również, przeszłam do truchtu, a następnie do biegu. Mężczyzna biegł za mną, starałam się poruszać jak najszybciej, lecz on był szybszy. Widziałam już w oddali dom Bonnie, jednak zrobiłam najgłupsze posunięcie w życiu- skręciłam do lasu. Próbowałam przyśpieszyć, ale nie byłam w stanie. Potknęłam się o korzeń. Ten facet stanął nade mną i zdjął kaptur, wyciągnął rękę przed siebie i poczułam jak tonę w ciemności.
***
Spojrzałam niecierpliwie na zegarek, ile czasu może zająć złapanie głupiej dziewczynki? Wtem usłyszałam hamowanie kół na podjeździe. Nareszcie. Podniosłam się ze starej obdrapanej sofy i ruszyłam w stronę drzwi. Kiedy je otworzyłam moim oczom ukazał się Phil niosący ciało Elizabeth.
- Ile można czekać? Zanieś ją na górę.
- Chciałem się z nią trochę podroczyć- przyznał i ruszył po schodach. Przewróciłam oczami, on i te jego psychopatyczne skłonności… Spojrzałam na wielki, stary zegar i uśmiechnęłam się złowieszczo.
- Były problemy z Salvatore’ ami?
- Chwilowe, ale szybko ich unieruchomiłem.
- Czyli pewnie są już u czarownicy i szukają swojej małej, niewinnej sarenki. W ludzkim tempie podeszłam do dziewczyny i poklepałam po policzku.
- Wstawaj śpiąca królewno… twoja kareta na tamten świat już zajechała…
Otworzyła powoli oczy, a gdy mnie ujrzała na jej twarz wpłynął strach.
- Ty… ty jesteś… żywa.
- Tak… nie całkiem, ale jestem, a ty też jesteś, ale to nie potrwa długo. Twój oddział zaraz tu przybędzie… nie ma czasu do stracenia- usiadłam naprzeciwko niej w fotelu i założyłam nogę na nogę.
- Doprawdy nie rozumiem co oni w tobie widzą, że są gotowi oddać za ciebie życie… Mniejsza z tym, przejdźmy do sedna, zabiłam Lunołaki i użyczyłam Ci braci Salvatore. Damon miał się tylko tobą zabawić, a nie zakochiwać, co za absurd.
- Amanda, czas…
- Nie poganiaj mnie- warknęłam na czarodzieja i zwróciłam się ponownie do przestraszonej dziewczyny.
- Poniesie karę za nieposłuszeństwo, tak samo jak Stefan, to mnie mieli kochać, przed śmiercią i dłuuugo, długo po niej’! Mieli być wierni… no cóż za brak dyscypliny grozi surowa kara. Phil, przynieś wszystko co potrzebne, a ja pożegnam się z naszą drogą przyjaciółką.
Poszedł po rzeczy, a ja wgryzłam się w szyję Gilbertówny. Faktycznie smakowała lepiej niż pierwszy lepszy człowiek, po chwili oderwałam się od niej, by była w stanie krzyczeć w trakcie śmierci. Philip przyszedł z kanistrami i zapalniczką.
- Czyli wszystko gotowe…- wzięłam kanister i go odkręciłam, spojrzałam na słabą Elizabeth- może pocieszy Cię fakt, że zainwestowałam w benzynę, a jej cena wciąż idzie w górę.
- Nie kłam, jestem dla ciebie warta mniej niż jedna kropla tej benzyny, ukradłaś ją.
- Masz rację, ukradłam ją- z wampirzą szybkością zaczęłam rozlewać benzynę po całym domu i dookoła niego, jednak nie polałam samej dziewczyny benzyną, a co mi tam, niech pożyje chwilę dłużej.
- Idź odpal samochód, zaraz przyjdę. Co do ciebie… nie pozwólmy ci odejść bez wielkiego zamieszania… prawda?
Wyjęłam komórkę i wykręciłam numer alarmowy.
- Pogotowie…
- Szybko przyjedźcie, pożar! Road Creek 27 na obrzeżach Mystic Falls! Ktoś jest chyba w środku! Szybko!
Wyłączyłam się i z uśmiechem spojrzałam na Elizabeth, potem wzięłam zapalniczkę i zapaliłam ją.
- Adieu mademoiselle!

I rzuciłam zapaloną zapalniczkę w namalowany benzyną krąg dookoła łóżka, na którym znajdowała się moja ofiara.

1 komentarz:

  1. Akapity XD I z którym się przespała? Chyba nie było nic takiego XD /Wikaa

    OdpowiedzUsuń