sobota, 2 lutego 2013

8. Blood, sex and alcohol

Elizabeth, hej, spójrz na mnie. Powiedz coś- potrząsałem nią dosyć mocno.
- Powiedz, że tu jesteś, proszę Cię, Damon, ja się boję, gorąco mi…- spod jej zaciśniętych powiek wyleciało parę łez.
- Otwórz oczy, ja tu jestem, nie bój się jestem przy tobie.
Pocałowałem ją krótko w usta, z trudem się od niej oderwałem i patrzyłem jak powoli otwiera oczy.
- To ty… on cię zabił, krew, Damo…
Nie dokończyła, bo omdlała mi w ramionach. Delikatnie położyłem jej głowę na poduszki i odgarnąłem włosy z twarzy. Była taka zmęczona, więc pozwoliłem jej odpocząć. Po piętnastu minutach powoli otworzyła oczy.
- Damon…- wyszeptała- nic ci nie jest?
- To chyba ja powinienem ciebie o to zapytać.
- Co się stało? Nic nie pamiętam, tylko ten sen…
- Zemdlałaś... Nie wiem co to było, może omamy, senne majaczenia... Pamiętasz co to było?
- Nie... I chyba to dobrze. Wtuliła się w poduszkę i ponownie zamknęła oczy. Poszedłem w jej ślady, czując, że alkohol mnie całkowicie opuścił- niestety. Bo uświadomiłem sobie, że w ogóle mnie tu nie powinno być.
***
Żadne koszmary mnie już nie dręczyły. Czułam się wbrew pozorom wypoczęta. Kiedy otworzyłam oczy i zobaczyłam obok siebie Damona poczułam przyjemne ciepło na sercu. Leżałam i podziwiałam każdy szczegół jego twarzy, klatki piersiowej, o której marzy każdy facet...
- Czemu mi się przyglądasz?- otworzył jedno oko i spojrzał na mnie rozbawiony.
- Bo mogę- odpowiedziałam zuchwale i puściłam do niego oko. Parsknął śmiechem i podniósł się na łokciach.- Twoja ciotka idzie, do potem- jak się pojawił, tak zniknął.
Puk, puk.
- El, mogę wejść?
Jenna!
- Tak?
- Wstałaś już?- była lekko zszokowana.
- Tak, a co?
- Chciałam ci powiedzieć, że wyjeżdżam na wyjazd służbowy, wrócę dopiero w poniedziałek. Poradzisz sobie?
Cały dom dla mnie…
- Tak, jasne…
- To dobrze. W kuchni ci zostawiłam trochę pieniędzy. W razie czego jestem pod komórka, jesteś już dorosłą dziewczyną. Poradzisz sobie.
Pocałowała mnie w policzek i zeszła na dół. Usłyszałam jak drzwi się zamykają. Odetchnęłam z ulgą i wskoczyłam pod kołdrę, analizując w głowie poprzednią noc.
***
Bonnie dzisiaj wraca. Mam jej tyle do powiedzenia. Leżałam i czytałam książkę, podgryzając jabłko. Zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz: „ Numer ukryty”. Odebrałam.
- Tak słucham?
- Czy mam przyjemność rozmawiać z Elizabeth Gilbert?
- Tak, a kto mówi.
- Nie wiem czy znajomość mojego imienia jest ci do czegokolwiek potrzebna, ale dobrze. Mam na imię James.
- James? Nie znam żadnego Jamesa…
- To może się wyrażę jeszcze jaśniej. Jestem Alfa…
- Alf…?- prawda uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą.
- Czego chcesz?
- Niczego wielkiego. Twojego życia.
 - Życia?- no po prostu nie wierzę.
- A dokładniej to twojej krwi, na razie się tylko spotkajmy, więc albo przyjdziesz po dobroci, albo twoim bliskim zacznie się dziać jakaś krzywda. Mam parę kołków na zbyciu…
- Szybciej oni cię zabiją.
- Jesteś tego pewna? Bo ja bym się tutaj kłócił, skoro twój kochaś mi nawet psychicznie nie dał rady. To jak silny muszę być fizycznie…
- Po pierwsze- nie mój kochaś, a po drugie... to ty… to ty mówiłeś, że Damon nie żyje…
- Wow, ale jesteś spostrzegawcza.
- Miałam cie za przyjaciela, a ty od samego początku przyszedłeś po moje życie… po co ci ono?
- Żeby złamać klątwę? Żeby żyć normalnie? No i czerpię przyjemność z cudzego cierpienia.
- Co to za klątwa?
- Oj, za dużo chcesz wiedzieć. Zdecydowanie za dużo. Przyjdź dzisiaj do lasu o 22. Przyjdź sama, bo twoja ciocia już może nie wrócić z konferencji.
Wyłączył się. Słyszałam tylko miarowy sygnał.
I co ja mam teraz zrobić? Nikomu nie mogę o tym powiedzieć. Wie gdzie jest Jenna. Spojrzałam na zegar, 19.

21:30
Czas się zbierać. Ręce mi drżą  jak szalone. Boję się. Damon już kiedyś wyrządził mi krzywdę, zrobił to z łatwością, a jeżeli James jest od niego silniejszy, to kiwnie palcem i już nie mam serca.
Ubrałam tenisówki i bluzę. Komórkę zostawiłam w domu, bo po co ją brać? Zatrzasnęłam drzwi, a nie zamknęłam. Ruszyłam w stronę lasu, który o tej godzinie mnie przerażał wyjątkowo mocno. Kiedy weszłam w gęstwinę drzew poczułam niepokój.
- I co? Gdzie jesteś?
- Zaraz za tobą.

Serce mi podeszło do gardła, powoli się odwróciłam. Tak, to był niewątpliwie ten sam mężczyzna.
- O czym chcesz porozmawiać?
- Chce omówić parę rzeczy. Ja mówię- ty słuchasz. Nikomu nie mówisz o mnie, ani o klątwie, każdy kto się dowie zginie. Nie będę ci tłumaczył czym jestem, po prostu wyciągnij wnioski z dzisiejszego spotkania. Jeszcze cie nie zabiję, ponieważ jeszcze nie czas.
Dotknął ręką mojej szyi, przeszedł mnie prąd, a James się rozpłynął w powietrzu.
Patrzyłam przed siebie w osłupieniu. Otrząsnęłam się po chwili z transu i ruszyłam w stronę domu. Szłam i zastanawiałam się, czy nie lepiej odizolować się od wszystkich, których kocham, by mogli żyć tak, jakbym nigdy wcześniej się nie pojawiła. Ze spuszczoną głową szurałam nogami po asfalcie, nie miałam ochoty wracać do domu. Poszłam w nieznany sobie kierunek, a po pewnym czasie okazało się, że droga ta prowadzi do parku. Nawróciłam, bo nie proszę się o kłopoty. Nagle usłyszałam pewien dźwięk. Nie potrafiłam go określić, wiedziałam, że dochodzi z parku. Dźwięk ponownie dobiegł do moich uszu, coś jakby syk z bólu. Starałam się poruszać bezszelestnie, udawało mi się to. Patrzyłam, żeby tylko nie nadepnąć na żaden patyk, jak to się zawsze staje w tych wszystkich filmach. Zobaczyłam zarys męskiej i damskiej sylwetki. Mężczyzna siedział na ławce, a kobieta ni to leżała ni to siedziała. Osobnik płci męskiej całował jej szyję… nie, robił jej malinkę… nie, nie, on… o kurwa! On pił z niej krew! Zaczerpnęłam szybko powietrze, a wampir to niestety usłyszał. Popatrzył nagle na mnie i odrzucił kobietę na bok. W sekundę się przy mnie znalazł, chwila, ja znam tą twarz…
- Damon?
- Elizabeth? Co ty tu do cholery robisz?
- Mogłabym cie zapytać o to samo!
- Ja poluję…
- Polujesz? Na bezbronną dziewczynę? Przecież…
- Będziesz mi robiła wykład? Kogo mam zabić, a kogo nie? Musze się pożywić, nie walczę ze swoją naturą.
- I ty chciałeś się ze mną kolegować- prychnęłam.
- Pijany byłem- przewrócił oczami.
- Och naturalnie, czego ja się spodziewałam.
Odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Nawet za mną nie pobiegł. Byłam taka nabuzowana, James i Damon mnie doprowadzili do stanu, w którym chciałam się zatrzymać i uderzać w drzewo pięściami, aż ręce się za koloryzują krwią. Minęłam ogromne drzewo, na którym mogłabym się idealnie wyżyć. Cofnęłam się parę kroków i popatrzyłam czy nikt nie idzie. Cisza. Jednak był to iście głupi pomysł atakować pięściami drzewo. Najchętniej rzucałabym wszystkim co bym miała pod ręką…
Kiedy przekroczyłam próg poczułam się bezpieczna. Westchnęłam, poszłam się przebrać w dresy. Następnie wyszłam na ganek i usiadłam w fotelu bujanym. Podkuliłam nogi i popatrzyłam w niebo. Gwiazdy układały się różne konstelacje, nigdy ich nie potrafiłam zapamiętać, chociaż tata wielokrotnie mi opowiadał o kosmosie, gwiazdozbiorach i innych ciekawych rzeczach. Tata, mama… zapomniałam. Wstyd się przyznać, ale o nich zapomniałam. Nie ma co się oszukiwać natłokiem spraw. Po prostu zapomniałam. Objęłam się ramionami i zaczęłam sobie przypominać o wszystkich chwilach z nimi spędzonych. Przed oczami mi stanął obraz mamy, która zła i wzruszona mi prawiła kazanie na temat uciekania do biblioteki. Pamiętam tą sytuację. Miałam dwanaście lat. Nie chciałam iść na dwór do koleżanek, ani też nie chciało mi się siedzieć w domu, więc poszłam do biblioteki. Nie dawałam nikomu znaku życia przez trzy godziny. Siedziałam w czytelni i czytałam cokolwiek co mi wpadło w rękę poczynając od przygodówek, aż po horrory, których czytania zaprzestawałam gdy mnie coś przestraszyło. Wujek, mama, tata, babcia… wszyscy mnie szukali. To babcia wpadła na pomysł z biblioteką… potem było kazanie i przytulanie na przemian. Śmierć babci mnie podłamała i postanowiłam nie przestawać czytać książek by uczcić tym pamięć o niej. Wujek Rob… zmarł w wypadku samochodowym… kolejne załamanie. Śmierć rodziców… przestałam się uśmiechać i śmiać. Nie myślałam o niczym innym… aż do teraz. Mystic Falls sprawiło, że przestałam rozdrapywać stare rany, że zaczęłam żyć… w miarę normalnie, nie licząc oczywiście wampirów, czarownic i innych stworów, które chcą mojej śmierci. Teraz byłam rozszczepiona na dwie części, na część, która się uśmiecha, myśli o miłości, książkach, przyjaciołach, życiu i część, która stoi w miejscu i wciąż jest smutna. Myśli o tym, że nie ma nikogo, kto ją rozumie. Muszę znaleźć złoty środek. Potrzebuję tego… tak samo, jak teraz potrzebuję ciepła. Objęłam się mocniej ramionami. Gdyby nie ta kłótnia z Damonem… oczywiście, że jestem na niego zła, karmił się jakąś kobietą w parku...Starałam się zagłuszyć ten cichy głos w podświadomości, że byłam zazdrosna, ale też o co? O bycie jego kanapką? Ech,  Może to nawet dobrze, że się pokłóciliśmy, przynajmniej będę w stanie trzymać go z daleka od Jamesa… Alfa… Jak mógł mi to zrobić? Czemu mnie od razu nie zabije? Co go hamuje? Do cholery jasnej! Tyle pytań! Ale znikąd odpowiedzi. Spojrzałam w niebo. Pełnia. Powiało zimnym wiatrem. Mimo wszystko chciałabym, żeby Salvatore był przy mnie. Teraz, w tym momencie, przytulił mnie i nic nie mówił, ale nie możemy się spotykać, nie. Nic nie mogę mu powiedzieć, muszę sama się z tym uporać, a raczej wytrwać do póki James nie wybierze odpowiedniej chwili… by mnie zabić. Jestem ciekawa co to za klątwa i po co jestem potrzebna? Słuchałam świerszczy, które doprowadziły mnie do stanu głębokiej zadumy i koniec końców uśpiły.
***
- No popatrz, lewa ręka.
Dziewczyna ubrana jedynie w bieliznę podeszła do mężczyzny z zalotnym uśmiechem, który nie zniknął nawet kiedy ten ją ugryzł w nadgarstek lewej ręki.
Jego zabaweczki wyginały się w grze w Twistera( oczywiście wersji wg Damona), a na twarzy wampira zagościł szeroki uśmiech.
- Ta, która wygra dostanie w prezencie dodatkową noc. A reszta niestety będzie musiała szybciej umrzeć, co za smutek…
Lecz twarz Damona nie wyrażała smutku, ani skruchy. Pociągnął parę łyków whisky prosto z butelki i wstał z kanapy, aby włączyć jakąś muzykę.
Wyłączył uczucia, bo mu tak było lepiej, bo nie chciał się przejmować Elizabeth.
Damon tanecznym krokiem przeskoczył ciała leżące na środku salonu i ponownie usiadł na kanapie przyglądając się roześmianym, pijanym i zauroczonym dziewczynom.
- Która teraz?
- Ja- zaśmiała się blondynka, podeszła do wampira i usiadła na nim całując go namiętnie. Mężczyzna jedną ręką zakręcił strzałką. Wypadło na prawą rękę na zielone.
Damon ugryzł dziewczynę w nadgarstek, wypił trochę krwi i odtrącił ją, aby grała dalej.
Dziewczyna o czarnych włosach upadła i się roześmiała.
- Choć tu do mnie- brunetka podeszła- przegrałaś- wgryzł jej się w szyję delektując się smakiem krwi wypełniającej jego gardło. Po krótkiej chwili odrzucił trupa na ziemię tuż pod nogi Stefana. Młodszy Salvatore popatrzył ze złością na brata, podszedł do wieży i wyłączył muzykę. Nie rozumiał zachowania Damona.
- Damon, do cholery! Co ty wyprawiasz?
- Relaksuję się, nie widać?
- Ja tylko widzę, że wyłączyłeś uczucia i próbujesz o niczym nie myśleć. Co się dzieje? Coś z Elizabeth?
Starszy Salvatore popatrzył na brata i się zaśmiał.
- Nie mam zamiaru się spotykać tą… tą… nie ważne. Tyle dziewczyn dookoła mnie tylko czeka, żebym się z nimi przespał, a ja mam się nią przejmować? Tyle niewinnej krwi ma się marnować? W imię czego?
- W imię moralnego spokoju... i poza tym zależy ci na kimś...
- Po pierwsze to była tylko przygoda, a ty co myślałeś? Że dam się zmienić? A może będę pił krew Bambi? Może jeszcze będę staruszki przeprowadzał przez ulice, a koty ściągał z drzew? Po to jesteś ty braciszku.
- Dupek i kłamca- syknął Stefan.
- Damon, miło mi.
Stefan chciał uderzyć Damona z pięści w nos, jednak ten miał szybszy refleks i zrobił unik.
- Nigdy więcej nie próbuj mnie uderzyć- starszy Salvatore wysyczał to zdanie ze wściekłością do ucha młodszego, trzymając jego rękę za plecami, co unieruchomiło Stefana.
- Damooon, teraz moja kolej.
- Już idę. A co do ciebie… To idź sobie, psujesz tylko dobrą zabawę- wyminął brata i tracąc cierpliwość do zabaweczek, pozabijał je wszystkie. Stefan wyszedł w noc.
***
Obudził mnie dzwonek telefonu. Rozejrzałam się dookoła i rzuciłam biegiem w stronę kuchni, gdzie ów się znajdował. Spojrzałam na wyświetlacz. Stefan?
- Halo?
- Cześć, przepraszam, że dzwonię o tak późnej porze. Śpisz?
- No nie, coś się stało?
- Tak, znaczy się nie… mogę do ciebie przyjść?
- No dobra- odparłam po krótkiej chwili wahania.
- Zaraz będę.
Koniec rozmowy.
Ciekawe co się stało. Był niespokojny. Usłyszałam pukanie. No popatrz, popatrz, a jednak można pukać i wchodzić przez drzwi, a nie jak Damon, nieoczekiwanie i przez okno.
Otworzyłam i ujrzałam Stefana, który miał trochę zatroskana minę.
- Hej, wejdź. Co się stało?
- Hej, mam pytanie. Jesteś z Damonem?
Zapadła cisza. 
- My się tylko kolegujemy...Poza tym pokłóciliśmy się. Czemu pytasz?
- Nic.
- Stefan, przysłodzisz do mnie do domu w środku nocy i pada tylko jedno pytanie, więc się pytam- Czemu pytasz?
Westchnął.
- Dobrze, więc, zadam inne pytania. Czy wiesz co się dzieje u nas w domu?
- Nie mam pojęcia…
- Kochasz go?
- Stefan, do cholery!- zaczął mnie irytować- Mówże jaśniej!
- Damon wyłączył uczucia i teraz… jest trochę taki… szorstki, brutalny i … odreagowuje piciem ludzkiej krwi i zabawianiem się z jakimiś lafiryndami…
Ścisnęło mnie w żołądku, nogi się pode mną ugięły. Zabawia się, pije krew… Przecież mnie nie powinno to w ogóle ruszyć, prawda? Jest dla mnie nikim, może nawet mniej... Więc czemu to tak boli? Czemu to tak zabolało?
- Hej, dobrze się czujesz?
- Nie, chcę do łóżka.
Odprowadził mnie do sypialni, popatrzył jak się kładę po czym pocałował mnie w czoło.
- Dobranoc- i już go nie było.
***
Krew, alkohol, seks. Krew, alkohol, seks… i tak w kółko. Stefan miał już dosyć Damona, który ciągle rzucał młodszemu kąśliwe uwagi, albo czytał bez pozwolenia jego pamiętnik, śmiejąc mu się w twarz z jego niemocy. Bo co mu mógł zrobić? Był słabszy i młodszy.

Elizabeth nie zamknęła się w pokoju, starała się za wszelką cenę nie myśleć o Salvatorze i zajmować się sobą i przyjaciółkami. James przyszedł raz w postaci Alfy i upewnił się czy wszystko gra. Nie myślcie sobie tylko, że pytał o samopoczucie, o nie, sprawdził czy jest żywa i smakował jej krwi. Mówił, że już nie długo będą gotowi, aby ją złożyć w ofierze. El nie pytała o jakich „Ich” chodzi, mało ją to obchodziło. Jedyne co ją obchodziło to dobro jej bliskich. Szlachetne, ale i niezmiernie głupie. Sytuacja prezentowała się ogółem nieciekawie.

El zaprosiła Bonnie i Caroline na noc do siebie do domu z czego wszyscy byli bardzo zadowoleni. Bonnie powiedziała Jeremiemu i Caroline, że jest czarownicą, że istnieją wampiry i inne stwory. Przyjęli to nawet dobrze, a panna Forbes nawet się cieszyła, nie trafiały do niej przekonania, że wampiry z tego świata są gorsze niż te ze „Zmierzchu”, ale mimo to nie przeszkadzało to El, by się z nią zaprzyjaźnić.
***
Po co ja się dałam na to namówić? Po co mi to jest?
- Car, nadepnęłaś mi na stopę- wysyczałam szeptem do blondynki, która była wstawiona, z resztą, wszystkie byłyśmy. Wtedy jej przyszedł do głowy pomysł, żeby szpiegować dom Salvatore’ ów, a ja i Bonnie się oczywiście zgodziłyśmy, do tego miałyśmy jeszcze ze sobą połowę butelki Ciociosana.
- Sorki, przecież nie zrobiłam tego specjalnie. Bonnie, widzisz coś?
- Tylko czarne porsche Damona… światła w domu są pozapalane.
- Czyli ktoś jest w domu.
- Car, skoro Jego samochód tu stoi, to znaczy, że jest w domu, a Stefan pewno leży na kanapie i czyta jakąś książkę- blondyna wzięła parę łyków i mi przekazała butelkę, uczyniłam to samo, Bonnie też.
- No popatrz, ile wy macie ze sobą wspólnego…
- Forbes, Gilbert, przestańcie, bo nas usłyszą…
- Po co my tu w ogóle jesteśmy?
- Dla zabawy- puściła do mnie oczko i znowu się napiła alkoholu.
- Jesteśmy pijane. A jak nas przyłapią? To co powiemy?
- Och, kochana, wymyślisz coś. Przecież ty masz najbardziej zażyłe stosunki z nimi…
- Ty głupia krowo!- krzyknęłam, a Bonnie się na mnie rzuciła i zatkała mi usta.
- Hmhmyhmymm…
- Zamknij się, pewnie cie usłyszeli, poznali twój głos. Puszcze twoje usta, ale więcej nie krzycz.
- Bonnie, powiedz jej coś, bo zatłukę, a poza tym wstań ze mnie, bo szyszki mi się w plecy wbijają, ściółka leśna to nie to co lubię najbardziej…
Caroline się cicho zaśmiała, napiła i powiedziała:
- Powiedziałaś zupełnie jak Tygrysek z „Kubusia Puchatka”.
Boże, czy ty to słyszysz?
- Bonnie ona jest w gorszym stanie niż my razem wzięte.
- Tak, ale ty naprawdę powiedziałaś jak Tygrysek…- Bonnie upiła trochę i mi dała butelkę
- Z kim ja pracuję…- wywróciłam oczami i pomogłam wstać blondynie, która się zaczęła śmiać. Popatrzyłam na Bonnie, która tak patrząc na Car też miała niepohamowaną ochotę siąść i się roześmiać. Czarownica nie mogła już wytrzymać i padła na tyłek łamiąc gałąź. Jej mina wyrażała szok, a potem zaczęła się śmiać. Forbes zaczęła się tarzać po ziemi. Ja tak stałam i to na nie patrzyłam, to piłam i zastanawiałam się jak musi zabawnie wyglądać ta sytuacja z boku. Caroline wstała z pomocą drzewa i zrobiła chwiejny krok. Upadła na Bonnie, która się roześmiała.
- I co teraz kochanie?- mruknęła rozbawiona Caroline.
- Ja ci powiem co, kochanie- parsknęłam śmiechem i usiadłam na kolanach mulatki, by się oprzeć o blondi- Będziemy piły i poczekamy, aż nas ktoś stąd nie weźmie siłą.
- Zabawimy się w księżniczki w wieży?
- Tak jest. Będziemy czekały na księcia z bajki…
- Na cholerę nam książę z bajki- odezwała się Carol- jesteśmy silnymi i niezależnymi kobietami. Powiem wam coś, jest parę powodów, dla których warto być kobietą. Po pierwsze: Nie musisz przejmować się nieoczekiwaną wypukłością pod rozporkiem. Po drugie: Zawsze możesz udawać, że było ci dobrze…
Parsknęłam śmiechem i upiłam łyk z butelki dając ją Bonnie, która również się roześmiała.
- Cicho. Po trzecie: Jesteś w stanie zrobić to 10 razy i nie masz dość. Po czwarte: Farbowanie włosów nie będzie uznane za dewiację. Po piąte: Jeśli zajdziesz w ciążę masz pewność, że brałaś w tym udział.
- Dokładnie. Matka zawsze jest pewna. Tatuś nie zawsze.
- Które teraz?
- … nie wiem- odparłam z rezygnacją- czekaj było… piąte, co jest po piątce?
- Siódemka
- Jesteś pewna?
- Tak- odparła pewnie Bonnie.
- No to siedem: Twoje zachowanie zawsze da się wytłumaczyć - hormony. Osiem: Nie zgłupiejesz dla faceta do tego stopnia, by śpiewać serenady pod jego oknem.
- Ale się przez nich cierpi. Boli jak cholera- powiedziałam i dopiłam do końca wino- Nie ma alkoholu. Caroline, idź do Salvatore’ ów po whisky.
- Czemu ja?
- Bo jesteś najbardziej pijana i może poczują litość i ci dadzą.
- Dobra- Caroline wstała i chwiejnym krokiem wyszła z zarośli.
- Żółwik- powiedziałam do Bonnie, nasze pięści się zderzyły i się zaśmiałyśmy.
- Patrz teraz, czy dadzą jej tą whisky.
Car się na nas popatrzyła i się głupkowato uśmiechnęła. To chyba nie był dobry pomysł.
Zapukała, a po chwili otworzył jej Damon. Zapomniałam jak bardzo mnie ku sobie przyciągał. Obserwowałam jak się uśmiecha, jak ma zamiar wykorzystać sytuację, że Car jest pijana. Słyszał nas od samego początku. Damon ją zaprosił do środka, a ona weszła.
- El, trzeba coś zrobić. On coś jej zrobi.
- Masz rację. Choć.
Wstałyśmy ledwo i wyszłyśmy na ulicę. Zapukałam, a otworzył mi Damon. Uśmiechnął się.
- A myślałem, że już nie przyjdziecie, zapraszam do środka.
***
- Bonnie, weź Caroline i idźcie już do mnie. Ja muszę porozmawiać z Damonem.
Dziewczyny wyszły, zostałam tylko ja i Damon, bo Stefan był na polowaniu..
- Stęskniłaś się za mną?
- Nie i posłuchaj mnie uważnie. Zostaw Caroline, Bonnie i mnie w spokoju.
- Same przyszłyście…
- Jezu! Jesteśmy pijane, a szczególnie Caroline.
Podeszłam bliżej do niego.
- Nic się nie zmieniłeś…- wyszłam z domu Salvatore’ a nie dając mu nic powiedzieć.

2 komentarze:

  1. Tutaj też akapity ;) / Wikaa

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam tak jak prosiłaś. Przeżywam na nowo. Póki co bardzo dobrze ;) lecimy dalej =p / niezalogowana Emka

    OdpowiedzUsuń