sobota, 2 lutego 2013

8. Nearby the camp fire and the lake

TRWA REMONT, ROZDZIAŁY MOGĄ BYĆ NIE PO KOLEI I NIEZROZUMIAŁE, CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ


- Ja nie wiem jakim cudem dałam się na to namówić- warknęłam, po raz kolejny próbując trafić rurką w płócienną dziurę.
- To się nazywa dar przekonywania Caroline Forbes. Chłopaki, przynieście tu jeszcze dwa kamienie, żeby to ognisko odgrodzić.
Wyjazd pod namioty na jeden wieczór wydawał się być całkiem dobry, dopóki nie trzeba było faktycznie takowego namiotu rozłożyć.
- A może ja będę rozkładał namiot, a ty będziesz szukać dupnych kamieni nad brzegiem jeziora?
- Nie narzekaj, Caleb, proszę Cię...
Ożywiona podniosłam wzrok znad przeklętej kupy materiału i rurek.
- A chcesz rozkładać namiot?! Po stokroć wolę przynieść kamienie, ba! Nawet całą górę kamieni.
Caleb zaśmiał się podchodząc do nas bliżej.
- Przerasta Cię to?
- Zdecydowanie!
Wręczyłam chłopakowi rurki, które nie współpracowały ani ze sobą nawzajem ani tym bardziej ze mną. 
- Życzę powodzenia, ja idę po kamienie!
Dziarskim krokiem ruszyłam wydeptaną dróżką w stronę jeziora. Wszystko było lepsze od tego niedorobionego namiotu z którym walczyłam już dobre dwadzieścia minut. "Łatwy w montażu i użytkowaniu" jaasne.
Naciągnęłam czapkę z daszkiem mocniej na czoło. Słońce prażyło niemiłosiernie, jednak życie ratował wiatr wprawiający całe to rozgrzane powietrze w ruch, przez co człowiek nie musiał umierać w katuszach po przebywaniu na pełnym słońcu dłużej niż minutę.
Dookoła pola namiotowego nie biegła inna droga niż ta, którą przyjechaliśmy, brak jakiejkolwiek cywilizacji jak okiem sięgnął. W końcu.
Odetchnęłam głęboko zapachem traw i kwitnących drzew, które pięły się ku górze, korzystając z faktu, że żadnemu bezlitosnemu człowiekowi nie przeszkadzało ich dzikie rośnięcie. Tęskniłam za taką nieokiełznaną, beztroską naturą, której tak mało można zaznać w mieście jakim jest Seattle. To otoczenie, ten spokój przypomniały mi o wycieczkach rowerowych z rodzicami albo zbieraniu grzybów z dziadkami... kiedy wszyscy jeszcze żyli.
Poczułam dziurę narastającą w mojej piersi, więc szybko odgoniłam myśli, skupiając się na swoim zadaniu. Musiałam przynieść kamienie. Dwie sztuki idealnych kamieni. Stać mnie na to, żeby znaleźć dwa dorodne kamienie.
Dotarłam do rozstaju dróżek; jedna na prawo, bardziej wydeptana, prowadziła na małe molo, druga, w lewo, o wiele mniej wydeptana- bezpośrednio nad brzeg. Domyśliłam się którą miałam wybrać i dlaczego Caleb tak przeklinał przynoszenie kamieni. No nic, trzeba iść na lewo. Weszłam w zarośla uważnie stawiając kroki, bo ścieżka była zarośnięta do tego stopnia, że nie widziałam czy chodzę jeszcze po ziemi, czy już wchodzę do wody. Oczywiście co chwilę coś brzęczącego przelatywało obok mojego ucha, powodując u mnie trzęsawki. Uwielbiałam lato, ale wszelkie robactwo, w mojej skromnej opinii, mogłoby wyginąć podczas pierwszej lepszej zimy. Na myśl, że tu mogą być pająki, wzdrygnęłam się i przyśpieszyłam kroku, w końcu docierając do brzegu. Oczywiście musiałam wejść w największe błoto swoimi świeżo umytymi trampkami. Klasyk! Typowa Elizabeth! Niech to szlag. 
- Dobra, przyszłam tu w jakimś celu, tak? Kamienie, dwa duże kamienie. 
Podrapałam się po głowie. Gdyby tylko tu były jakieś kamienie. Stanęłam trochę bliżej linii wody, starając się dojrzeć, czy pod wodą nie ma przypadkiem jakichś.
- Cip, cip, kamienie, taś, taś... Chodźcie do Elizabeth- zaczęłam je ładnie nawoływać, prosząc, żeby to coś dało. Nie mogłam przecież wrócić na tarczy.
- Nawołujesz kamienie?
- Jezus Maria- ręka automatycznie powędrowała mi na serce. Nie sądziłam, że ktoś przyszedł za mną i nie sądziłam, że tym kimś może być Stefan. - Co ty tutaj robisz?
Również wyglądał na zdezorientowanego.
- Caroline Ci nie mówiła? Nas też zaprosiła.
Moje serce stanęło. "NAS"?!
- "Nas"? Damon też tu jest?
- Tak, jak na mój gust, to wpłynął na Caroline, żeby nas zaprosiła, ale...
- Cholera- warknęłam pod nosem. Szlag by to trafił, a tak się cieszyłam, że zostawiam to wariatkowo za sobą. Szczególnie, że odkąd zaczęłam się zadawać z Care, dochodziło do mnie więcej plotek niż bym chciała. Na przykład taka, że Damon zebrał spore plony w ostatnim tygodniu, pod znakiem dziewczyn kolegów Matta z drużyny. Domyślałam się, że nie prowadzili kółka dyskusyjnego na temat sytuacji polityczno-ekonomicznej Stanów Zjednoczonych Ameryki. Potrząsnęłam głową, by odgonić niechciane myśli.
- Wiem, że jego obecność źle na Ciebie...
- Ależ skąd!- wykrzyknęłam, płosząc tym samym kaczki pływające nieopodal po jeziorze.- Mam całkowicie gdzieś, gdzie znajduje się ten żałosny facet. 
Zaczęłam się przedzierać przez kolejny gąszcz traw.
- Może być na kole podbiegunowym, albo dwa metry ode mnie, nic mnie to nie obchodzi. Nie będę w ogóle zwracać na niego uwagi!
- Może jednak chcesz mówić ciszej?
Spojrzałam ostro na Stefana przez ramię. Czy On mnie ucisza?
- On to może słyszeć- uniósł ręce w geście obrony.
Przewróciłam oczami, kontynuując poszukiwanie kamieni. Po chwili marszu, a raczej pokonywania chaszczy mojej wysokości, przystanęłam, udając, że szukam pod nogami kamieni.
- Te plotki, o tych dziewczynach... 
- Jakich?
- No wiesz, z liceum... Serio był z nimi wszystkimi? 
- Nie wiem czy ze wszystkimi, ale nie próżnował przez ostatni tydzień. Nasz dom zamienił się w jakiś bur...
Nie dokończył. Zaczął się rozglądać, kiedy odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
- Gdzie te kamienie?
Westchnęłam, miał rację, nie chciałam wiedzieć nic więcej. Wzruszyłam ramionami.
- Podejrzewam, że więcej jest ich w wodzie, ale nie chciałam do niej wchodzić...
- Ja wejdę, chodź, wrócimy się do tamtego brzegu. 
Posłusznie podążałam za blondynem wciąż mając jego słowa w głowie. Elizabeth, On Cię chciał zabić, wyraźnie Ci dał do zrozumienia, że znaczysz dla niego tyle co nic, tyle co kanapka, albo film na Porn hubie. weź się w garść, do cholery! 
Z zamyślenia wyrwał mnie widok Stefana wchodzącego po łydki do wody. Aż się zapowietrzyłam.
- Będziesz cały mokry!
Zaśmiał się brodząc dłońmi po dnie.
- Taś, taś kamyki.
Parsknęłam śmiechem, zakrywając sobie usta. 
- A może jednak cip, cip?
Nagle Stefan wyciągnął odpowiedniej wielkości kamień z wody. Zdecydowanie za bardzo się ucieszyłam, aż podskoczyłam.
- A jednak reagują na cip, cip!
- Myślę, że to jednak było moje taś, taś.
Prychnęłam, wydymając usta. 
- Ach tak? To spróbuj z bliska! Jedną nogą stanęłam w wodzie i popchnęłam Stefana z całej siły, ten nie przygotowany na taki ruch, stracił równowagę i wpadł cały do wody.
Nie czekając na chwilę triumfu, od razu zaczęłam biec z powrotem. Oni byli szybcy. Jak się przekonałam na tyle szybcy, że zanim poprosiłam o litość już byłam w wodzie. 
Wynurzyłam się jak najszybciej z szokiem wypisanym na twarzy. Jak On mógł mi to zrobić?!
- Stefan!
- Sama zaczęłaś!- zawołał z brzegu, wylewając wodę z buta. Woda była lodowata i nie była pierwszej klasy czystości. 
- Sądziłam, że utrzymasz równowagę!
- Jak widać zaskoczyłaś mnie- pokazał mi język, więc zrobiłam dokładnie to samo.
- Spadaj, Salva... Aa! Coś mnie dotknęło!
Wyskoczyłam jak oparzona z wody i co krok coś mnie smyrało po nodze. Nienawidziłam tego w naturalnych zbiornikach wodnych. Przeszły mnie dreszcze. 
Stefan oczywiście świetnie się bawił moim kosztem, stał przy brzegu śmiejąc się wręcz do rozpuku.
- Ha. Ha. Jakie. Śmieszne. Lepiej bierz kamulca i wracajmy do obozu- warknęłam wyciskając wodę z koszulki i krawędzi spodenek.
Ruszyliśmy z powrotem, przedzierając się przez dziką roślinność.
- I co, El? Taś, taś, czy jednak cip, cip? Myślę, że byłaś na tyle blisko, że zdążyłaś sprawdzić.
- O ty!
Zaczął przede mną uciekać.
- Nie waż mi się bawić w Supermana, uciekaj jak mężczyzna!- wykrzyknęłam za nim, starając się brzmieć poważnie i groźnie... dobre sobie. Ze śmiechu nie potrafiłam biec, dodatkowo spowalniał mnie jeszcze kamień. W końcu wyszłam na główną dróżkę, na której czekał Stefan.
- Wziąć to od ciebie?
- Niee, dam radę, po prostu... Dawno się tak nie uśmiałam. O mój Boże, jaka cudowna pogoda! 
Właśnie sobie uzmysłowiłam jedną rzecz.
- Steff.
- Hmm?
- Możecie tak bezkarnie chodzić po słońcu?
Podniósł dłoń do góry, pokazując mi sygnet, który nosił na środkowym palcu. Był koloru lapis lazuli i miał na środku jakieś srebrne zawijasy, które przypominały herb.
- Ten pierścień zaczarowany przez czarownicę, umożliwia mi chodzenie za dnia. 
- Czyli bez niego byś spłonął.
- Tak, zdecydowanie bym się nie zaświecił.
Dałam mu kuksańca w ramię.
- Nawet bym was o to nie podejrzewała... chociaż z pewnością robilibyście za fenomen na imprezach, jako mobilne kule dyskotekowe.
Pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Przyznaj się, właśnie to sobie wyobraziłeś!
- Na litość boską, mieliście tylko przynieść dwa kamienie, a nie całe jezioro! Jesteście cali mokrzy!
Caroline wzięła ode mnie kamień i dołożyła go do okręgu wokół ogniska, Stefan poszedł w jej ślady.
- Tak, jakoś wyszło... I tak wskakujemy w stroje kąpielowe.
Spojrzałam na Caroline znacząco, która chodziła po polu namiotowym w górze od bikini i shortach. 
- Chłopaki rozbili namioty, możecie na nich położyć mokre ciuchy szybciej wam wyschną.
Kiwnęłam głową, dyskretnie się rozglądając i może bym namierzyła interesującego mnie samca, gdyby nie Stefan ściągający przede mną koszulkę. Zaniemówiłam, a Caroline, aż złapała mnie za ramię. Patrzyłyśmy z rozdziawionymi paszczami na ciało jak z reklam Calvina Kleina, dobry Jeżu, czy On jest prawdziwy?
Po chwili zorientowałam się, że dołączyły do nas również Megan i Susie. Z czego jedna się wachlowała, a druga bezwstydnie osunęła okulary przeciwsłoneczne na nosie, żeby mieć lepszy widok. 
- Powiedzcie mi, że wy też to widzicie- szepnęła Su, niestrudzenie się wachlując.
Stefan spojrzał na nas pytająco. Natychmiast odwróciłam wzrok i skupiłam się na poprawianiu kamieni wokół ogniska.
- Co?- spytał pozostałe dziewczyny, które też powoli dochodząc do siebie, zaczęły udawać, że robią coś innego. Caroline przyklęknęła przy mnie.
- Widziałaś? Jezu, aż mi się gorąco zrobiło.
- Może to przez słońce?- sapnęłam, ściągając czapkę z daszkiem. 
- Wiesz, co, normalnie nasi faceci, to wymiękają przy nich. 
Nagle uświadomiłam sobie, że Damon też tu przecież jest. Rozejrzałam się niespokojnie.
- A On gdzie jest?
- On to znaczy...?
Popatrzyłam na Caroline, jakby ze mnie kpiła. Zaśmiała się.
- Oj drażnię się z Tobą głuptasie. Przy aucie o... tam.
Wskazała głową kierunek. 
I faktycznie, stał obok jeepa, którym przyjechaliśmy z Calebem i Aaronem. Był kompletnie ubrany, podczas gdy pozostali byli już w kąpielówkach. Caroline chyba zaczęła czytać w moich myślach, bo opierając się o moje ramię, szepnęła mi do ucha:
- Nie możemy przegapić momentu jak się będzie pozbywał tych ciuchów.
- Carol- zganiłam ją, chociaż doskonale wiedziałam, że przegapienia tego momentu bym sobie nigdy nie wybaczyła.
I jak na zawołanie Damon odłożył cokolwiek pił i złapał za tył swojej bluzki jak to faceci mają w  dziwnym zwyczaju, kiedy ściągają koszulkę.
Blondynka ponownie mnie złapała za ramię, prawie mi miażdżąc kość.
- Daj spokój, to facet jak każdy inny- szepnęłam, ale wiedziałam, że to nie prawda.
Wyglądał jak ucieleśnienie wszystkich marzeń kobiet z całego świata. Jego sylwetka była nienaganna, każdy mięsień był bajecznie i opływowo zarysowany. Okiem kogoś komu sport towarzyszył od szkoły podstawowej do rozpoczęcia liceum na co dzień, mogłam śmiało stwierdzić, że nawet najbardziej zapałowi sportowcy i wyczynowcy modlili się co wieczór o takie ciało i wytrwałość, by takie ciało osiągnąć.
- Skoro jest jak każdy inny, to czemu się ślinisz?- zaśmiała się Caroline, zamykając mi żuchwę, która mimowolnie mi opadła. Natychmiast się otrząsnęłam.
Blondynka wstała zanim ja się pozbierałam i udała się w stronę dziewczyn, które mocowały moskitiery do wejść do namiotów.
Odchrząknęłam i odetchnęłam głęboko. Weź się w garść, widywałaś już przystojnych facetów, na litość boską, nie rób z siebie orangutana. 
Ruszyłam z obojętną miną w stronę swojej torby. W drodze do niej związałam włosy w wysokiego koka, żeby zakrywały jak najmniejszą powierzchnię mojej skóry i zdjęłam koszulkę, zostając w górze z bikini.
Wyjęłam z torby okulary przeciwsłoneczne i natychmiast je założyłam. To mi fundowało chociaż odrobinę anonimowości. Kiedy się przymierzałam do zdjęcia spodenek, usłyszałam gwizdanie za sobą. 
- Jest i Ona!
Uśmiechnęłam się, odwracając.
- Hunter... Nie sądziłam, że przyjedziesz.
Objął mnie na powitanie, po czym oddalił się na krok, lustrując mnie wzrokiem.
- A jednak, wyjeżdżam dopiero we wtorek, więc do tego czasu hulaj duszo piekła nie ma.
Uniósł ręce w geście zwycięstwa, jakby był gladiatorem, który właśnie pokonał tygrysa. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. 
- I co ty tam będziesz robił? Bo chyba nie pracował?- stuknęłam palcem w daszek jego bejsbolówki, kontynuując ściąganie spodenek.
- No wiesz... Trochę pracy, trochę zabawy, bo potem zaczyna się college, skończy się wieczna impreza i hulaszcze życie.
Zaśmiałam się, rzucając spodenki na torbę.
- Wiesz co? Taki kit, to możesz pociskać rodzicom, ale nie mi. Na studiach to się dopiero zacznie! Tylko synu- zaczęłam poważnym tonem, kładąc mu rękę na ramieniu- pamiętaj o zabezpieczaniu się. 
Szatyn tylko przewrócił oczami, upijając łyk piwa.
- Mamooo, jestem już dorosły, wiem skąd się biorą dzieci.
- Tak?- spytałam, dalej się drażniąc.- A skąd wiesz?
Rozejrzał się w udawanej panice.
- Caleb mi powiedział!
- Co znowu ja?!
- A On skąd wie?- podrąrzyłam, nie mogąc już utrzymać poważnej miny.
- Ma starszego brata i ten brat mu powiedział, że dzieci to bocian przynosi, dlatego trzeba zawsze zamykać okna, żeby przez przypadek nie przyniósł dziecka.
- No! Synu, nie przynieś hańby rodzinie!
- Patrzcie ją jaka wyszczekana- objął mnie za szyję i zaczął knykciami elektryzować moje włosy.
- Nie! Tylko nie to! Caroline!
- Hunter, na litość boską, ile ty masz lat?
- Dwaa!
Puścił mnie w końcu i pognał rzucać piłką z Aaronem, Calebem i Mattem. 
- Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale chyba z waszej dwójki to jednak ty jesteś starsza.
Care się zaśmiała, podając mi piwo.
- Jak dobrze, że ten idiota wyjeżdża na studia, w końcu w domu będzie trochę spokoju...
Spojrzałam na nią, wiedząc co kombinuje.
- Niech zgadnę, przejmujesz jego pokój.
Zaklaskała w dłonie, ciesząc się jak mała dziewczynka.
- Oczywiście, we wtorek zaczynam wywalać jego rzeczy. Nie biorę jeńców, od środy wszystko na allegro.
Pokręciłam głową ze śmiechem, obserwując jak faceci przerzucają piłkę. Dołączył do nich też Jeremy, natomiast Salvatore'owie stali z boku i rozmawiali, popijając coś mocniejszego niż jakieś tam piwo dla nastolatków. Miałam przez chwilę wrażenie, że Damon patrzy w naszą stronę, ale mogło mi się tylko zdawać, bo koniec końców miał założone okulary przeciwsłoneczne.
- W ogóle z tego co widzę, to mój brat na Ciebie konkretnie leci, jesteś świeżym mięskiem.
Rozkojarzona popatrzyłam na Caroline jakby spadła z drzewa. 
- Co? Nie, On tak się przecież zachowuje względem każdej dziewczyny, w Grillu przecież jak byliśmy, to mówiłaś...
- Ale dzisiaj jesteśmy tutaj, a On jako osoba o bardzo niestałych uczuciach i wiecznej zabawie w głowie, ma dzisiaj na celowniku Ciebie. Tak tylko mówię, żeby nie było, że cię nie ostrzegałam.
- Ostrzegałam? Jeju, to On będzie chciał mnie poderwać, czy zabić?
- Ha! Osobiście bym wolała zginąć, niż być podrywana tymi jego tanimi chwytami. 
Prawie wyplułam piwo, na szczęście zdołałam je przełknąć w ostatniej chwili.
- Gdyby tylko wiedział jak pięknie go zaorałaś...
- Słyszał o wiele lepsze riposty, wszystkie sobie spisuję i co urodziny mu czytam z minionego roku. Poprzysiągł mi zemstę, ale zawsze zapomina, przypomina mu się dzień przed moimi urodzinami, ale wtedy jest już za późno.
Care wybuchnęła złowieszczym śmiechem i w jego akompaniamencie ruszyłyśmy w stronę raczkującego ogniska.

2 komentarze:

  1. Tutaj też akapity ;) / Wikaa

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam tak jak prosiłaś. Przeżywam na nowo. Póki co bardzo dobrze ;) lecimy dalej =p / niezalogowana Emka

    OdpowiedzUsuń